„Krotka” relacja bez polskich liter.

Chinskie warunki internetowe nie sa tak komfortowe jak europejskie czy amerykanskie, totez pozwalam sobie odstapic od pieknej polskiej tradycji i wyjatkowo rezygnuje z o kreskowanego, nosowek oraz kropek i kresek nad literami. Wybaczcie ten brak profesjonalizmu.

Odstepuje rowniez od innej tradycji, to znaczy dostarczenia informacji w formie dziennikarskiej relacji. Dzieje sie tak z powodu raczej radosnego – dzieki awansowi do finalu jedyna czescia zawodow, w jakiej mialem okazje uczestniczyc li tylko jako naoczny swiadek, byly damskie eliminacje, skadinad dla Polakow przyjemne, bowiem zakonczone pierwszym naszym polfinalem od lat. Niemniej jest to stanowczo zbyt malo, aby pozwolic sobie na uczciwe, calosciowe sprawozdanie. Ograniczam sie zatem do blogowego wpisu.

Tradycyjnie o dobre wiesci zadbali sprinterzy, a przede wszystkm jedna sprinterka. Srebrny medal dla Edyty tym bardziej zasluguje na szacunek, ze Edyta wrocila do swiatowej formy bo bardzo powaznej kontuzji. Piate miejsce Marcina Dzienskiego nieco rozczarowuje, niemniej przegrana w walce o finalowa czworke byla minimalna. Szoste Aleksandry Rudzinskiej zas jest o tyle zadowalajace, ze Ola startowala zaraz po nieprzyjemnym wypadku i sam jej start wisial pod znakiem zapytania.

No, a bouldring poszedl nam lepiej niz kiedykolwiek w ostatnich czasach. Rzecz pierwsza – nareszcie doczekalismy sie polskiego polfinalu wsrod kobiet. Kasia Ekwinska co prawda nie poradzila sobie z najtrudniejszym, drugim problemem kwalifikacyjym (sciski do potrenowania, albowiem ruch zrzucajacy Kasie przepuszczal zawodniczki wyraznie od niej slabsze), niemniej wystep na silowej piatce byl koncertowy. Znacznie slabiej wspinala sie tam na przyklad Melissa LeNeve, przeciez slawa wspinaczkowa i czolowa zawodniczka.

Polfinalu kasinego obejrzec juz niestet nie moglem, albowiem sam wowczas przesiadywalem w strefie izolacji. Dobre mialem nastawienie w eliminacjach i czysta glowe. Jedynie drugi problem zrodzil na chwile watpliwosci, czy w ogole sie uda (gdyby sie nie udalo, z pofinalu bylyby nici), najtrudniejsza bodaj piatke przebieglem, ale tez byl to balder jakich zrobilem w zyciu tysiace w moim osiedlowym, kochanym RENI-Sporcie. W ogole krakowski w stylu. Wiec tez i miejsce po kwalifikacjach mialem bardzo dobre, zaczem strartowalem pozno i Kasi okazji zobaczyc nie bylo, a szkoda. Pietnaste finalnie miejsce naszej mlodej torunianki byloby o kilka pozycji lepsze, niesty nie udalo sie dolozyc reki do topu na czworce, chociaz lewa dlon zdawala sie trzymac go dosyc pewnie. Wyjazd nog okazal sie wszakze karkolomny przy probie ustabilizowania.

Szkoda, ze niezly wystep Jodly nie okazal sie jeszcze lepszym; ze na przyklad Kuba nie wpadl na pomysl dolozenia nogi do reki na piatym klopocie. Liczne proby, jakimi Jodla tradycyjnie szafuje na zawodach, nie pozwolily mu podjac walki o polfinal na pierwszych chinskich zawodach. Rzecz przy czterech topach byla wykonalna, wymagala jednakowoz znakomitej skutcznosci. Zarazem obiecujace wspinanie nastawia Jodlosia bardzo pozytwnie przed zmaganiami w Huiyang.

Na moje cztery pofinalowce wyszedlem dziwnie przekonany, ze dzien jest dobry a szansa na wyciagniecie reki. Prawda jest, ze po nietrudnych, zwlaszcza w naszej grupie, eliminacjach oczekiwalem bardzo hardego, a przed wszystkim silowego polfinalu – tak zreszta bywa z reguly, kiedy wsrod chwytowych pojawia sie nazwisko „Oleksy”. Tymczasem otrzymalismy runde nad podziw lekka; zbyt lekka, gdyz nawet komplet czterech problemow nie dawal gwarancji awansu, a to zdarzac sie nie powinno. Co gorsza, poniewaz jedynka byla prosta wzglednie, zas trojka bardzo (w ogole nieudany problem, bo raczej cwiczenie techniczne niz balder) i wiekszosc pretendentow do finalu bez trudu je flashowala, tedy rzecz miala sie rozegrac na probach do topow dwojki i czworki. Ten pierwszy byl skadinad rowniez raczej elementarny, tyle ze zaczynal sie trickowym, koordynacyjnym startem, na ktorym lacno mozna bylo pogrzebac swoje szanse. Szanse, ktorych odzyskanie na ostatnim problemie bylo z kolei malo mozliwe, albowiem silowy ow dachowiec nie dawal szansy na zbyt wiele wstawek, a tym samym trudno bylo z niego zbyt wiele razy odpadac konkurentom. A poza tym, rowniez nie byl przesadnie wymagajacy.

Wracajac do mojego startu: na jedynce spialem sie mocno, w momencie w ktorym zaczalem tracic rezon kopnalem sie zas w tylek, w czym pomogla bliskoc topowej, poteznej klamy. Dwojka to dla bywalcow warszawskiego Bloco bulka z maslem, dwie stracone proby byly efektem niepotrzebnych wewnetrznych deliberacji czyby jednak nie skorzystac z chwytu pomocniczego. Rzecz bez sensu, albowiem patent na ktory sie zdecydowalem to stara zagrywka Ola Romanowskiego i wychodzac z jego szkoly robi sie takie rzeczy z zamknietymi oczyma… Inna rzecz, ze u Ola stopien bylby slabszy, a i paczka do wylapania mniej komfortowa. Tak, ze wspinalem sie po swoim. Trojka nie wymaga komentarza, natomiat czworka byla mala epopeja. Wiedzac mniej wiecej, ze jest niezle, wyszedlem na problem mocno nakrecony, ale dopiero na miejscu poczulem prawdziwego speeda – oto kolejny „nasuczacz” po krawadkach w przewieszeniu. Postanowilem sflashowac i postanowienia dotrzymalem, chociaz kilka razy po kablach musialo pojsc mnostwo pradu. Czulem sie jednak dziwnie dobrze, tak ze przy wyjezdzie nog tuz pod topem powiedzialem sobie tylko „jest final”, juz spokojnie wstawilem noge i pociagnalem do topu.

Wreszcie ow final, nie bede ukrywal, troche wymarzony. Drugie miejsce eq equo po poprzedniej rundzie dodawalo mi skrzydel, wiec dynamiczna jedynka weszla lekko i raczej przyjemnie. Znowu, szkola Ola i Ziolka – gdyby taki problem pojawil sie na jednym z treningow dla kadrowiczow, jakie systematycznie organizuje Bloco, za brak topu nie zasluzyloby sie nawet na slowo krytyki przy slawnym olkowym papierosie. A juz sam skok to trudny tamtejszy elementarz.

Potem, niestety, nie bylo tak dobrze. Sensownie zabralem sie za dwojke, strata czasu na czyszczenie paczek przed pierwsza proba nie byla bez sensu. Pologi nie sa moja mocna strona, szkoda wszakze, ze przelamawszy niechec do nich na starcie, nie dalem rady zmusic sie do przewazenia ciala przy ostatnim ruchu. Nie zachecaly do tego, co prawda, paczki na ktorych stalem – chinskie struktury, dziwacznie sliskie, utrudnialy podjecie decyzji, czy pracowac na nich mocniej, czy jednak raczej slabiej. Ostatnia proba, zarazem druga podczas ktorej udalo mi sie dochapac do bonusa, naznaczona zostala brakiem koncentracji przy wysokim wstawieniu nogi.

Trojka podczas ogladania wydawala sie wtomigrajem, kopia silwych problemow z rund poprzednich. Oczekiwalem flasha, zawiodlem sie srodze. Wszystko bylo wlasciwie zgodne w przewidywaniami, roznica polegala na tym, ze pierwszy trudny ruch okazal sie znacznie trudniejszym niz mial byc, a na kazdym kolejnym bylo tylko gorzej. Po pierwszej probie z trudem przychodzilo mi wierzyc w powodzenie drugiej. Zabraklo cwaniactwa, albowiem start z no handa umozliwial, wedle regul finalu, potencjalnie nieskocznonego resta. W tamtym wszakze momencie czulem, ze sily moje sa na wyczerpaniu.

Niebu dzieki, ze ostatni problem mial stricte techniczny charakter, albowiem trzymac sie na serio nie bylbym juz w stanie. Szkoda, ze niefrasobliwosc nie pozwolila mi na sukces. Byla na to szansa w drugiej probie, ale trzebaby nieco wiecej myslenia; czwarte miejsce przeszlo mimo. Po kilku spalonych podejsciach do powtorzenia trickowego startu, doszedlem nareszcie w poblize topu. Na poprawe szostego, jak mialo sie okazac, miejsca nie bylo juz szans, niemniej dwa ukonczone klopoty bylyby wynikiem honorniejszym. Ale pojechala mi noga. Trudno, lekcja koncentracji do odrobienia.

Na koniec kilka spotrzezen, uwag, szczegolow:

| Tradycyjnie ktos mocny musial odpasc w polfinale, nie pierwszy raz w tym sezonie zdarza sie to Jernejowi Kruderowi.

| Nieobecne Anna Stohr oraz Juliane Wurm, wobec braku reakcji Shauny Coxey, oddaja Puchar Swiata Akiyo Noguchi. Niemal na pewno.

| W meskim finale siedmiu panow. Kazdy z innego kraju.

| Tsukuru Hori jest pierwszym znanym mi zawodnikiem, ktory na jednych zawodach zatopowal trzy razy ten sam problem. Niefachowe dolozenie do topu i brak reakcji sedziego podczas udanej proby na jedynce finalowej skonczyly sie protestem, start powtorzony zaczal sie zas od niepoprawnego startu, czego znowu nie zauwazyl sedzia. Tsukuru nie zrazil sie, zatopowal jeszcze raz, zas wobec pomylki sedziowskiej nie policzono mu za powtorzone wspinaczki prob.

| Jan Hojer nie zrobil jedynego silowego balda w finale (trojki), uczynil natomiast niebanalny problem pologi. Dziwne.

| Shoan McColl, przed przekonujacym zwyciestwem w finale (jedyny komplet), pobiegl sobie jeszcze czasowke. Na szczescie dla niego, od razu odpadl z rywalizacji.

| W Polsce, podczas ogladania problemow finalowych, wszyscy wymieniaja sie patentami. Za granica panuje grobowa cisza. Z przyzwyczajenia do rodzimych zwyczajow gadalem sobie pod nosem po polsku.

| Najtrudniejszy klopot eliminacji to dwojka w grupie A, nie naszej. Topuje go jedynie Koreanczyk Chon. Oraz Toma Oleksy, podczas krecenia, bo to jego balder. Wydawal mu sie zbyt prosty…

| Wsparcie od reszty baldrowej ekipy przed finalem bylo bezbledne i bezcenne.

Półfinały, autoanaliza postartowa.

Na koniec przeglądu „naszych na weście” (analizy reszty startów na poprzednich kartkach bloga) kilka słów o problemach i wrażeniach półfinałowych.

Cztery przystawki to niedużo – na tyle niewiele, aby nie móc liczyć na nadmiernie „rozbiegową” jedynkę. Niebagatelna zatem rzeczą staje się dobra rozgrzewka, którą na szczęście komfortowa strefa izolacji bardzo ułatwiała. Udało mi się rozgrzać na tyle dobrze, że dynamiczna jedynka, mało szanowny problem jednoruchowy (strzał do dobrego chwytu na paczce i kontra nogami – najczęściej powtarzany ruch tych zawodów; potem banalne sięgnięcie do topu) pada od strzału. Dobry poczatek.

Dwójka już z dołu wygląda hardo. Biegnie okapikiem (tym samym, co kluczowa w eliminacjach czwórka). Start do paczki, przerzut nóg w prawo, na wiszące tam przez całe zawody struktury (ładnie zlicowane z profilem ściany), nad głową dwa czerwone ściski, w które narzucało się wejść dokładnie odwrotnie niżby się chciało. Potem jeszcze dobra krawądka i proste sięgnięcie do topu, ale jak się pozmieniać na ściskach!? Kilku gości z czołówki radziło tu sobie po prostu dzięki nieziemskiej mocy, mnie uratowało brzydkie, koślawe podhaczenie kolana i rozpaczliwe wymiany rąk (chociaż ekipa uważa, że patent był klasowy, a moja moc bez zastrzeżeń; spór nie do rozstrzygnięcia). No, ale się udało i to w drugiej próbie. W tym momencie, co tu dużo gadać, szedłem prosto w kierunku finału.

Nieszczęsna trójka! Już start nieprzyjemny, krzywe sięgnięcie z krawądek do niewielkiego, aczkolwiek dobrego guziczka (rzecz jasna z przerzuceniem nóg). Za diabła nie chciało się udać, musiałem skorzystać ze sztuczki wymyślonej na takie okazje w Chinach: wyobraziłem sobie Ola Romanowskiego jak robi te ruchy w adidasach. Poszło w następnej próbie. Niestety, na tym inwencja się skończyła. Na ukrytym za krawędzią bonusie otwierały się dwie opcje – zacięciem (boczna ściana pozbawiona była jednakże faktury, strasznie przez to śliska) tudzież schodząc do dużego chwytu na połogu i grzebiąc się na niego mantlą. Za pierwszym razem wciskałem się w zacięcie (kilku silnych gości dało radę) i strasznie mnie pokarało. Niestety – udało mi się tam dojść  jeszcze tylko raz i zabrakło odwagi, aby w ostatniej próbie kombinować z nowym patentem. Post factum okazało się, że idąc tamtędy po prostu już się nie spadało. Szkoda wielka, bo top na tym problemie dałby mi udział w finałowej rundzie.

A ta – musiałem szukać szczęścia na czwórce. Startowy pasaż, nieprzyjemnie techniczny, przeszedłem w pierwszej próbie tylko dzięki sile woli. Pogięło mnie na przedostatnim sięgnięciu, zabrakło nieco cwaniactwa (można było chwycić dziury na śrubę w bonusowym chwycie). Potem czujny start się obraził i nie przepuścił mnie ani razu. Dziewiąte miejsce – dobrze, lepiej niż w Chinach (gdzie w dodatku konkurencja była mniejsza), ale ten niedosyt… Zbyt wielki, bym mógł go pielęgnować, więc już od pierwszych chwil po starcie podjąłem starania, żeby o sprawie zapomnieć. Udaje się tyle o ile – mam nadzieję, że w piątek głowa będzie znowu pusta i gotowa na nowe treści.

Gosia Rudzińska w Grindelwald. Analiza startu.

W kolejnej odsłonie analiz po Szwajcarskim pucharze start naszej jedynej zawodniczki okiem starego dziada:

Grupa A (czyli gosina grupa) miała przystawki, jak się zdaje, nieco trudniejsze od grupy B, tak przynajmniej sugerują wyniki (a wyniki do jedyna rzecz na zawodach, która nigdy się nie myli). Dla Gosi start w Grindelwald miał cel przede wszystkim poznawczy, niemniej wiedzieliśmy dobrze, że trochę od niego zależy. Przeskok z krajowego podwórka na rozległy międzynarodowy plac wiąże się zawsze z pewnym stresem i trudno uniknąć emocji szepczącej złośliwie do ucha: „a co będzie, jeśli nie zrobię nawet jednego bonusa i będę najgorsza?”.

Na szczęście dla siebie i dla naszych nerwów, Gosia zaczęła z przytupem. Pierwszy problem nie należał z pewnością do najtrudniejszych propozycji, jakie spotyka się na pucharach, ale to akurat tym lepiej dla nas. Start techniczny Gosia pokonuje trochę niepewnie, ale z determinacją, kiedy zaś dochodzi do końcówki, czyli kilku zdecydowanych pociągnięć po krawądkach, jest u siebie w domu. Flashyk.

Dwójka Gosi jest tylko nieco ułatwioną dwójką z męskiej grupy A, tej w której startowałem wespół z Jakubami. Dziewczynom dołożono dodatkową paczkę na przebieżce do bonusa, ponadto jeszcze jeden chwyt i stopień pod topem. Po zawodach Gosia przyznała, że w kraju nigdy nie zdarzyła jej się konieczność wykonywania podobnych akrobacji, więc ogarnięcie tematu zabrało trochę czasu. Bonusa udało się zaliczyć, przebieżka została opanowana, stylowy bieg wykony z markowym dla Gosi, wywieszonym językiem mógł się podobać. Niestety na końcówce zawiodła praca nóg na małych stopniach (element do poprawki, co sama Gosia przyznała).

Trójka wymagała na starcie hardego, dynamicznego pociągnięcia z prawie nieistniejącego stopnia. Gosia próbuje raz za razem, ale stopień ewidentnie nie chce współpracować. Na chwilę na twarzy Małgorzty pojawia się daleko posunięta irytacja, na szczęście szybko opanowana – odbierając kartę od sędziny, Gosia uśmiecha się znowu promiennie.

Czwórka w tym samym miejscu, w którym znajdowała się czwórka naszej grupy, dojście do bonusa po tych samych strukturach. Po szeregu nieudanych prób z wykorzystaniem narzucającego się patentu Polka przytomnie postanawia skrócić sobie drogę zdecydowanym pociągnięciem z krawądki. Kilka razy wydaje się, że utrzymanie bonusowej paczki ze szpaksami na ścisk jest tuż-tuż, brakuje trochę docisku w dłoni.

Piątka zaczyna się nieco podobnie do dwójki – tym razem dynamiczny ruch w lewo, trzeba dolecieć do dobrej klamki, skontrować nogą na strukturze i wytrzymać gwałtowny wylot ciała. Doświadczenie z drugiej przystawki przekłada się bardzo szybko, od tej chwili Małgorzata będzie fruwać jeszcze parę razy, niemal zawsze udanie. Wystarcza na bonus, top wymagał jeszcze zadania po dwóch niewygodnych crimpach na obłym stopniu, na co nie starcza już siły.

Ogólnie start Gosi udany, to znaczy realizujący założenia. Po pierwsze, wedle słów samej zawodniczki, przystawki pucharowe „nie okazały się takie trudne”. Po drugie, wyraźnie było widać, że jeśli chodzi o siłę kompleksy są nieuzasadnione. Ładnie i czytelnie widać było słabe punkty, dzięki czemu plan przygotować do następnych startów można ułożyć z myślą o ich wyeliminowaniu. W piątek eliminacje w Insbrucku i pierwsza okazja, żeby zaprocentował sam fakt wstępnego obycia na międzynarodowej scenie. Pod koniec czerwca Francja, dwa miesiące później Mistrzostwa Świata w Monachium. Cele się nie zmieniają, w tym sezonie chodzi o nabranie doświadczenia, niemniej jeśli uda się podciągnąć kilka elementów – doświadczenie to może okazać się i bogatsze i bardziej mobilizujące przed kolejnym rokiem.

Grindelwald – analiza startu naszych, cz.2.

W drugiej części przeglądu naszych występów męskie eliminacje w grupie B i Piotrek „Krzysiu” Bunsch.

Start „Bunschyka” miał miejsce w grupie równoległej, na baldach wyraźnie trudniejszych. Nawet rozbiegowa jedynka,  choć również wyraźnie łatwiejsza od pozostałych, prezentowała wyższy próg trudności od analogicznego problemu z grupy A. Niemniej nie przeszkodziło to „Krzysiowi” w zaliczeniu klasówki w pierwszej probie. Oto jego wlasne słowa: „Dobre chwyty, wstawienie nogi na paczkę, złapanie się dobrej krawądki na której ciężko było jednak zmienić rękę… Dlatego trzeba było ustać na paczuszce i wyjść jednak lewą ręka w krąwadkę przed czołem. No i to był start… A potem mały chwyt na kolejnej paczce, dynamiczne sięgnięcie w prawo do pozytywnego podchwytu i potem do topu. To wszystko…”.

…Wszystko na pierwszym problemie, po którym zaczęły schody. Następna była techniczna dwójka, na której „nie należało wchodzić do bonusa ręką, ale nogą, co w sumie nie było łatwe, a chwyty nie chciały trzymać”. Bunschyk wchodził ręką i w ten sposób pozostał tylko na bonusie.

Trójka koncepcyjnie trywialna, niewiele kombinowania ze strony routesetterów. Ot, sięgnięcie do bardzo słabej krawądki i z niej do bonusa, już na połogu, skąd jeszcze wyjście z nogami na tarcie w zacięciu. „Krzysiowi” nie dane było popisać się jego slawetną techniką, albowiem krawądka istotnie nie funkcjonowała w jego rękach należycie. „Krawądka” to skądinąd nieścisłe określenie – raczej coś w rodzaju „chrupków” utworzonych z trzech, przykręconych pomysłowo maleńkich chwycików.

Czwórka najtrudniejsza w tej grupie – anonimowe źródło z kręgu chwytowych doniosło, że pierwotnie miał to być bald finałowy, ostatecznie przeniesiony do eliminacji w charakterze selektora.Sięgnięcie do bonusa było na tyle syte, że Piotrek musiał się nim zadowolić – wyjście dalej pozostało niedostępnym.

Piątka zaczynała skokiem w bok, do paczki ze słabym szpaksem (plus obowiązkowa kontra nogą). Potem jeszcze nieprosta końcówka. Na starcie nie bardzo szło się z czego wybić, należało raczej z zamachu nogą, niż ze stopnia wychodzić. Tutaj niestety również bonusa się nie doczekaliśmy.

Krzysiowi start ewidentnie się nie udał, był nawet po nim trochę załamany (poszedł na samotne spacery, a potem spać). Wyraźnie nie udało mu się wyskoczyć w górne rejony swoich możliwości. Niezły dzień w skałach dwa dni później poprawił mu nastrój. Czy obudził w sobie zwierzę? – zobaczymy w piątek.

 

Grindelwald – analiza startu „naszych”.

Relacja z weekendowych zawodów Pucharu Świata w boulderingu już na stronie, zaś na blogu nieco bardziej szczegółowa analiza naszych występów. Na początek eliminacje grupy A, gdzie startowało trzech Polaków (Mecherzyński-Wiktor, Główka, Jodłowski). Dziś, jutro i może jeszcze pojutrze będę systematycznie zamieszczał kolejne części, bo materiał obszerny.

Grupa A (w kolejności startu zawodników)

1: Pierwsza przystawka to małe nieporozumienie, po prostu była nadzwyczaj prosta. Jedynym sposobem popsucia sobie tutaj humoru była pomyłka przy rozgrzewce. Mnie udało się rozgrzać dobrze, Kubie Główce trochę za dobrze i wyskoczył ze strefy nadmiernie nabuzowany (przez co pojechała mu noga przy pierwszej próbie). Z kolei Jodłoś, jak sam przyznaje, spóźnił się z rozruchem o kwadrans i stąd top dopiero za trzecim razem.

2: Problem drugi, dwuruchowy. Przebieżka po paczkach do dobrej klamki bonusowej, a następnie czujny ruch do struktury topowej. Moja pierwsza, nieudana, próba na przebieżce kazała mi szukać innego patentu, idiotycznie. Puknąłem się w głowę dopiero przy czwartym podejściu do problemu i zatopowałem. Z kolei Kuba Główka męczył się z ostatnim ruchem, niemniej pod koniec czasu wreszcie go domęczył. Jodłoś wyglądał na tej przystawce najlepiej – byłaby druga próba, niestety pomylił się raz na starcie (nie dołożył nogi do stopnia), więc w wyniku ma trzecią. Lepiej niż Sharafutdinov.

3: Idiotyczny problemat, źle świadczący o zaangażowaniu chwytowych. Skok z dwóch klam do kolejnej klamy, z koniecznym kontrowaniem nogą, niby ładny. Cóż, kiedy był to jedyny ruch na problemie (sięgnięcia do topu nie ma co liczyć). Zmobilizowałem się bardzo, to i doskoczyłem od razu; Kuba Główka myli się raz, Jodłoś nakręca się zanadto tłucze ruch za ruchem raz za razem. Prawdopodobnie zrobiłby go w trzeciej lub czwartej próbie, gdyby pozwolił ciału na chwilę się zatrzymać, zastanowić i „wkodować” sobie schemat ruchowy. Ale trzeci top w kieszeni, tak czy owak.

4: Najtrudniejszy, a właściwie jedyny naprawdę trudny problem eliminacji w tej grupie, autorstwa nie kogo innego, a Marcina Wszołka. Najpierw czujny start pod okapikiem (nie bardzo było wiadomo, jak się wpasować w startowe struktury), potem sięgnięcie do dwóch ścisków za krawędzią (siłowo), z których jeden był bonusem; na koniec dynamiczno-techniczna końcówka (strzał z jednoczesnym „odhaczeniem” nogi spod paczki).

W pierwszej próbie dochodzę do bonusa, ale ponieważ czuję zarazem nieliche trudności, jak i poważne szanse na sukces – postanawiam odczekać. Ruszam na półtorej minuty przed końcem czasu i kiedy spadam z ostatniego ruchu to wiem już, że nie ma co liczyć na top. Ostatnia wstawka, mam trzydzieści sekund, dochodzę do strzału, czuję że nie dam rady, słyszę doping Gosi Rudzińskiej i ku własnemu zaskoczeniu czynię balda.

W tym samym miejscu pojawia się niedługo potem Kuba Głowka, który niestety traci częćć sił na kombinacje wokół pierwszych ruchów. Niemniej jedna z jego prób kończy się z palcami na krawędzi topowej klamy. Wielka szkoda, że ostatecznie nie wyszło, albowiem gra była w naszej grupie prosta (i trochę głupia zarazem) – trzeba było zrobić czwórkę. Startujący na końcu Jodłoś ściska ściski mocno, ale nie na tyle mocno, by jeszcze wygenerować z nich kolejny ruch.

5: Przystawka, jak przyznał sam autor, nieprzetestowana, za łatwa i ogólnie mało atrakcyjna (chwytowy tego balda mówił po polsku, był to Marcin Wszołek). Ale można było potracić próby przez nieuwagę, brak koncentracji albo zwykłe ogólne zmęczenie. Jakubowie tak właśnie czynią, mnie udaje się flash, niemniej bardzo starałem się spaść.

Pocztówki z Warszawy – słońce.

Słońce

Jakiś czas temu, po dłuższym okresie mroźnego zachmurzenia, wróciło słońce. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, jak ładna potrafi być Warszawa. Osobliwe to miasto zdaje się czerpać swój wizerunek wprost z chwilowej aury.

Kiedy niebo jest szare, wychodzą z Warszawy wszystkie odcienie postpeerelowskiej bylejakości. Przesadnie szerokie ulice wespół z ogromnymi nieużytkami, których nawet w centrum wciąż jest zbyt wiele, odbierają miastu jakąkolwiek przytulność. Mróz jest tutaj spotęgowany dmącym wszędzie wiatrem, przed którym żadnej osłony znaleźć nie sposób; deszcz zaś zamienia liczne „trawniki” (czyt. tereny o nieustalonej strukturze własnościowej) w wyzwania terenowe.

 Kiedy jednak powietrze przesyca się rozproszonym światłem, zaś jasnym z reguły ścianom kamienic za tło służyć zaczyna czysty błękit, przypominam sobie łatwo, co ujęło mnie tutaj na samym początku pobytu, szczęśliwie przypadającym na lipiec. Wszystkie irytujące architektoniczne dziury naraz stają się obietnicami przyszłych pomników XXI wieku, szerokie arterie wpuszczają kaskady słonecznych promieni w ilościach niedostępnych nawet na krakowskich Alejach, przedwojenne kamienice skrzą się przedwojenną elegancją warszawską, tak ciekawą dla przybysza nawykłego do stylistyki cesarsko-królewskiej. Nareszcie można iść do Łazienek, najpiękniejszego parku miejskiego w kraju. Nareszcie można iść na Saską Kępę i poczuć się na chwilę jak w małym, francuskim miasteczku. Nareszcie można iść na Pragę i dostać w zęby. Nareszcie można żyć.

 O tak, słońce jest dla Warszawy tym, czym makijaż dla kobiety o nie najładniejszej buzi, ale za to wspaniałej, młodej figurze. Kobiety nie bardzo przez to nieprzystępnej, której jednakowoż lepiej nie oglądać w niesprzyjających warunkach. Zarazem kobiety, która wbrew prawom biologii, za to w pełnej zgodzie z logiką miejskiej architektury, może być kiedyś jeszcze raz, na powrót olśniewająca. Każda wiosna i każde lato zdają się o tym przypominać.

 

 

Pocztówki z Warszawy – knajpy.

KNAJPY

Poniższe spostrzeżenia mają formę możliwie wyostrzoną, dla lepszego zarysowania zasadniczej różnicy pomiędzy miastami. W związku z tym sugeruje się Czytelnikowi, by nie tyle wypatrywał nieścisłości czy rażących nawet uogólnień, ile postarał się odczuć główną myśl pocztówki.

Knajpa krakowska

Wchodzę do środka. Jeszcze na początku wieku oznaczało to konieczność pokornego pochylenia głowy na ostatnim schodku, albowiem średniowieczne piwnice  budowano dla ludzi niższych od nas, teraz w modzie są knajpy naziemne; wieszczę renesans piwnicznych upodobań, tradycja rzeczą u nas silną.

Pierwsze i najważniejsze spojrzenie kieruję na bar. Bar to miejsce w knajpie krakowskiej główne i bynajmniej nie dlatego, że sprzedaje się tam alkohol. Przy barze siedzą mianowicie ćm y  b a r o w e, czyli ludzie, którzy są tego miejsca ciałem, duszą, sercem i wątrobą. Ćmy znają się z barmanem po imieniu, niekiedy jeszcze z poprzedniej knajpy, w której pracował i z której przywędrowały tu za nim. W co poniektórych miejscach (tych godniejszych polecenia koneserom) za barem znajduje się zeszyt, dzięki któremu ćmy nie muszą biegać do bankomatu, okresowo zaś w ogóle posiadać jakichkolwiek środków utrzymania. Zajęciem ciem barowych jest „rozmawianie” o Chopinie oraz ćwiczenie się w sztuce celnej riposty. Kto bardziej w niej biegły ten będzie w knajpie zawsze oczekiwany, niezależnie od tego, czy jest z zawodu studentem, żulem, informatykiem, stręczycielem czy poetą, chociaż przyznanie się do tego ostatniego zajęcia nie jest w dobrym guście; zbyt wyraźnie daje bowiem do zrozumienia, że kandydat do towarzystwa nie tyle jest doświadczonym knajpiarzem, co hołduje źle zrozumianym legendom na ten temat.

W cenie jest bowiem rutyna i kto pochwalić się może wieloletnim stażem, ten zyskuje mir i szacunek oraz daje dowody wytrwałości organów wewnętrznych, a także determinacji w dążeniu do celu. Celem zaś jest stracenie w knajpie tak wiele życia, ile to możliwe. Bynajmniej zaś, wbrew oczywistym pozorom, nie jest nim picie. Picie owszem, jest w knajpie niemalże konieczne, ale zarazem zupełnie poboczne. Nie przychodzi się bowiem do knajpy w Krakowie by pić, ale pije się dlatego, że już się do niej przyszło. Przychodzi się zaś, owszem, z nałogu zazwyczaj, nie jest to jednak uzależnienie od trunku, lecz od miejsca; i sam znam człowieka, który przynajmniej kilka wieczorów w tygodniu spędza w jednym z krakowskich wyszynków przy… czarnej kawie rozpuszczalnej, a nie jest to, jako żywo, gospoda dla abstynentów.

Knajpa stołeczna

Nie tak warszawiacy, nie tak! Knajpa w stolicy to przede wszystkim l o k a l, czyli firma zajmująca się serwowaniem trunków rozmaitej maści, nierzadko też przekąsek czy nawet całych dań. Bar służy tutaj za ladę, siąść zaś przy nim nie sposób już choćby dlatego, że miejsce krzeseł barowych zajmuje kolejka po piwo. Piw zaś dostatek, bo lokal posiada charakter gastronomiczny, więc poziom oferty decyduje o skłonności klienta do wyciągania portfela. Piwa najrozmaitsze, nierzadko w dziesiątki etykiet idące, rzecz zasługuje na pochwałę gościa z prowincji; różnorodnością menu knajpa tutejsza bije krakowską niemal tak wyraźnie, jak hipsterzy z Placu Zbawiciela tych z Placu Szczepańskiego.

Przychodzi się więc do knajpy w Wawie naprawdę na piwo, a nie dla jakichś innych, szemranych względów. Siłą rzeczy też nie przychodzi się samemu (rzecz w Krakowie często spotykana), bo i nie ma po co. Zabawy dostarcza towarzystwo, z którym zasiada się przy jednym z nielicznych wolnych stolików (podobny problem jak z tramwajami, niemniej tutaj stolików jest co niemiara, tylko gości „za dużo”) i już to obserwuje sąsiadów ze stolika obok (bo to hipsterzy), już to prowadzi konkretne, warszawskie rozmowy, rozmowy do rzeczy i na temat. Temat może być oczywiście z sufitu zdjęty, różnica polega na tym, że od czasu do czasu dochodzi się do konkluzji, a nawet jeśli nie – przynajmniej ku temu rozmowa ma w teorii zmierzać.

Wynika stąd, jak sądzę, różnica zasadnicza. Otóż odnoszę wrażenie, że rzecz na Południu powszechna jest w Stolicy znacznie rzadszą – posiadanie „własnej knajpy”, czegoś znacznie bliższego „własnemu miejscu” niż „ulubionej restauracji”. Przestrzeni, w której „musi się” regularnie bywać, chociaż niczego konkretnego się tam nie robi i w której, niejako przy okazji, spotyka się zawsze te same, znajome gęby „kolegów”. Wypisz, wymaluj – szkoła!; dla ludzi, którzy edukację już ukończyli i nie bardzo wiedzą co z tym fantem zrobić, ale im tęskno.

Jeśli zatem patrzeć przez pryzmat baru, warszawiacy okazują się bardziej dojrzali albo krakusi – w większym stopniu nostalgiczni. Tudzież inaczej: stołecznym brak czasu, by go przesypiać nad niedopitym kieliszkiem, krakusi mają go nadto lecz nie wiedzą, co chcą z nim zrobić. Zresztą, teorii może być bez liku, fakt podstawowy jest jeden: w Wawie idzie się do knajpy, bo jest tam dobre piwo, w Krakowie co najwyżej narzeka, że w „naszej” knajpie mogłoby być lepsze.

Trendy-setting.

Pojęcie trendy-settingu, zupełnie niedawne, należy do pojęć z zakresu estetyki wspinaczkowej, dziedziny czekającej dopiero na opracowanie. Niemniej pojęciami estetycznymi posługujemy się we wspinaniu niemal od zawsze, tym samym wszyscy wyposażeni jesteśmy w ich intuicyjne rozumienie. Pojmujemy, co znaczy „piękna droga wspinaczkowa”, „ciekawy ruch”, „urzekający balder”; zdarza nam się nawet określać w ten sposób pojedyncze chwyty („szpetny faker”).

Zarazem, wszelka estetyka nader zręcznie wymyka się ścisłym określeniom. Potrafimy powiedzieć, że dana melodia jest ładna, ale wytłumaczyć dlaczegóż taka jest – przychodzi nam z wielkim trudem. Często też ulegamy (nagannej) pokusie odsyłania podobnych pytań ad calendas graecas, powołując się na maksymę de gustibus non est disputandum i tym samym kwalifikując zagadnienia estetyczne jako zjawiska czysto subiektywne.

Z drugiej strony, niezależnie od indywidualnych upodobań, funkcjonuje w kulturze pojęcie stylu, a jest to zagadnienie wprost estetyczne. Mówimy więc o stylach architektonicznych czy, szerzej, stylach w sztuce, muzyce lub modzie, o przedwojennym stylu zachowania, o stylistyce (bądź estetyce) tego lub innego designera. Jakkolwiek jednoznaczne zdefiniowanie stylu jest rzeczą bardzo trudną, to przecież osoby posiadające jakieś doświadczenie w danym temacie łatwo styl rozpoznają; nie trzeba być historykiem sztuki, by odróżnić kościół gotycki od barokowego. Styl jest czymś nie do końca uchwytnym, ale przecież obiektywnym i obiektywność ta udziela się ocenom estetycznym, kiedy do stylu je odnosimy. Dana rzeźba czy obraz mogą nam się nie podobać, niemniej skłonni jesteśmy przyznać, że dobrze realizują one cechy swojego stylu, w niczym nie odstępując od kanonu, w którym miały zostać utrzymane.

Trendy-setting jest takim właśnie – toutes proportions gardees – stylem w sztuce chwytowej. Sztuka ta nie jest może sztuką wysoką, najwięksi jej luminarze nie osiągają poziomu porównywalnego z Michałem Aniołem, ale przecież istnieje, przynajmniej w takim stopniu, w jakim mamy prawo mówić o pięknych lub interesujących problemach wspinaczkowych. A ponieważ mówimy tak właśnie, wprowadzając tym samym zagadnienia esetyczne do wspinania, zatem sama praktyka życiowa potwierdza zasadność pojęcia.

Zjawisko trendy-settigu jest, jak sądzę, bezpośrednio związane z upowszechnieniem się internetowych relacji z zawodów międzynarodowych. Panujące tam mody łatwo obecnie obserwować, co też każdy szanujący się chwytowy czyni. Ponadto Adam Pustelnik i Tomek Oleksy, a od niedawna także Marcin Wszołek, posiadają uprawnienia routesetterów międzynarodowych, co ułatwia transfer nowinek. Swoje zrobił też czas. Gdzieś na początku obecnego stulecia zanotowaliśmy wzmożone zainteresowanie balderingiem – wtedy też po raz pierwszy pojawili się ludzie, którzy niemal w ogóle nie wspinają się z liną, rzecz przedtem niespotykana. Miniona dekada pozwoliła więc rodzimym wspinaczom, w tym chwtowym, zasmakować w sklalnym balderingu; naturalną konsekwencją kumulacji doświadczeń stało się dążenie do kręcenia takich problemów, które w możliwie największym stopniu przypominają te spotykane w naturze; tym samym znacznie różnią się od kręconych jeszcze jakiś czas temu, jako żywo utrzymanych w stylistyce dróg wspinaczkowych, nieraz dalece odmiennej od balderowej.

Zdarza się więc dzisiaj, że o tym lub innym problemie mawia się „balder w starym stylu”. Wyjątek zaś potwierdza regułę – estetyka balderowa wkroczyła na nowe tory i innymi niż niegdyś rządzi się prawami, co przyzna każdy, komu zdarza się startować na zawodach lub bywać na rasowych balderowniach. Nowy styl rozpanoszył się zupełnie, a kręcenie w nim zyskało status chwytowego bon tonu.

Nie sposób jednak zdefiniować trendy-settingu, tak samo jak nie sposób zdefiniować gotyku. W tym drugim przypadku mamy wszakże jednoznaczny, negatywny probierz w postaci ostrołukowych sklepień, bez których o gotyku trudno mówić (same ostre łuki nie pozwalają wszekże odróżnić gotyku od neo-gotyku, a są to style bardzo różne). Trendy-setting nie posiada nawet tego, niemniej daje się przecież jakoś wyszczególnić. Toteż osoby zaznajomione z zawodami balderowymi bez trudu rozpoznają jego znamiona. Poniżej wymienimy niektóre.

Po pierwsze więc, trendy-settingiem nie jest:

– kręcenie baldów „campusowych”, które polegają na zadawaniu do kolejnych krawądek wprost lub po krzyżu (tradycyjnie krawądki przykręcone były „pod rękę”, zaś krzyże wymagały wyrzucenia nóg w powietrze);

– kręcenie takichże, ale po oblakach;

– kręcenie baldów, które wyglądają jak fragmenty dróg wspinaczkowych albo całe, krótkie drogi;

– kręcenie bez użycia „szpaksów” (małych chwytów mocowanych wkrętami);

– kręcenie bez użycia struktur, paczek i innych rzeczy, o których nie da się powiedzieć, czy są chwytami, czy elementami ściany;

– kręcenie baldów „cyrkowych” (skoki w dół, top niżej niż start, proste monostrzały „pod publiczkę”);

– (ogólnie) kręcenie ruchów, przy wykonywaniu których angażuje się jedną i tylko jedną technikę tudzież żadnej (np. strzał bez konieczności zsynchronizowanego dołożenia „w plecy” albo wskoczenia nogą na kontrujący stopień, albo wykonania natychmiast kolejnych dwóch ruchów „siłą rozpędu” – tzw. triple, albo wcelowania w krawądkę przykrytą od góry inną krawądką, albo dołożenia podczas lotu nogi do chwytu, z którego się skacze – tzw. extra step…itd., itp.).

Jeśli natomiast mamy do czynienia z trendy-settingiem, najpewniej zajdzie przynajmniej jeden z poniższych przypadków:

– na baldzie są tylko struktury oraz jeden szpaks;

– topu nie da się złapać, można zaledwie położyć na nim dwa palce; ale nie ma no-handa;

– nie da się wystartować, ponieważ wymaga to dotknięcia obiema stopami startowej struktury, co jest niemożliwe;

– w trakcie wspinaczki na baldzie nieustannie dręczy nas uczucie jakbyśmy właśnie spadali, chociaż wcale nie jesteśmy zbułowani;

– chwyty działają dokładnie nie w tę stronę, w którą powinny;

– stopnie są tak małe, że ich nie widać, za to chwyty tak słabe, że nie da się ich trzymać nie stojąc pewnie na nogach;

– przewieszony bald sprawia wrażenie, jakby chwytowy żałował że nie jest to połóg;

– niemal w każym miejscu można się zatrzymać i stać dowolnie długo w no-handzie, ale nie da się ani ruszyć dalej ani nawet wycofać;

– w trakcie startu nabieramy przekonania, że do każdego balderu potrzebujemy innej pary butów;

– na baldzie nie wystarczy znajomość i umiejętność zastosowania tej czy innej techniki – trzeba ją zastosować perfekcyjnie;

– czujemy się, jakbyśmy chodzili po linie;

– po zawodach bolą nas nie te mięśnie, które powinny;

– nie możemy pozbyć się przeświadczenia, że celem przykręconego problemu nie jest danie nam okazji wykazania się posiadaną siłą i techniką, ale sprowokowanie naszego błędu;

– błąd na problemie skutkuje natychmiastowym odpadnięciem;

– w trakcie wspinania mamy wrażenie, że chwytowy śmieje nam się w twarz;

– po wspinaniu chwytowy śmieje nam się w twarz;

– chwytowy robi balda, z którego spadli wszyscy, w (nomen omen) Adidasach, a potem orzeka, że nikt w Polsce nie umie się wspinać; na poprzednich zawodach, w których startował, nie wszedł do finału.

Wymienione znamiona trendy-settingu nie stanowią oczywiście żadnej kompletnej listy, myślę jednak, że dobrze oddają nowego ducha routesetteringu na zawodach balderowych. Pozwolę sobie teraz na krótki komentarz-uzupełnienie odnośnie co poniektórych zjawisk:

1. Puchary Świata: stamtąd przyszło nowe. Już wiele lat temu zorientowaliśmy się, że problemy spotykane za granicą zasadniczo różnią się od kręconych podówczas u nas. Obecnie różnice są znacznie subtelniejsze, wydaje się nawet, że polskie przystawki pucharowe bywają bardziej trendy, podobnie jak polscy hipsterzy. Być może działa tutaj „zasada neofity”.

2. Szpaksy: bez nich nie ma obecnie kręcenia na zawodach. Szczytem chwytowego wysublimowania, ocierającym się o perwersję, były finały ostatnich Mistrzostw Europy w Eindhoven, przykręcone bez użycia choćby jednej śruby imbusowej (dziękuję Kubie Główce za to spostrzeżenie).

3. Baldy złośliwe: wyraźna jest obecnie skłonność do przykręcania problemów, które mają za zadanie „dać wspinaczowi okazję do błędu”. Nie jest to niezbędny element trendy-settingu, niemniej jasno widać, że od pewnego czasu ceni się na zawodach raczej bezbłędność niż moc albo nawet „gołą” technikę. Wpływa to na wzrost znaczenia czynnika psychicznego podczas startu.

4. Asceza/minimalizm: nie wypada przykręcać zbyt wielu chwytów (paczkami można siać bez ograniczeń); nie wypada przykręcać dobrych stopni; nie wypada przykręcać chwytów lepszych, niż to niezbędne; nie wypada, aby na problemie było zbyt dużo ruchów.

5. Estetyka wizualna: rzecz dawniej zaniedbywana, obecnie podstawowa. Optymalny tendy-bald przykręcony jest z chwytów tego samego koloru, najlepiej też tej samej firmy lub nawet z tego samego setu. Również struktury powinny, w miarę możliwości, pozostawać wszystkie w tej samej tonacji, elegancko kontrastującej z barwą chwytów.

6. Patenciarstwo: coraz częściej podstawą sukcesu na problemie jest znalezienie właściwego (jedynego) patentu, a nawet konkretnego ustawienia umożliwiającego sukces. Baldy zawodnicze, nawet finałowe, bywają przeto śmiesznie proste, a i tak nikt ich nie robi w regulaminowym czasie czterech lub pięciu minut.

7. Baletmistrzostwo: balans ciałem i umiejętność „tańczenia” na ścianie stały się podstawowymi kwalifikacjami dobrego zawodnika. Tępi bularze nie mają czego szukać na trendy-baldach.

8. Próg siłowy: rzecz, która odróżnia nasz trendy-setting od zagranicznego. Baldy obecnie kręcone w Polsce nader często nie wymagają żadnej nadzwyczajnej krzepy, rzecz na nich sprowadzaja się do kwestii technicznych. Za granicą jest niby podobnie, technika rządzi… tyle, że bez krzepy nie ma okazji, by popisać się wspinaczkowym kunsztem. Stanowi ona coś w rodzaju biletu wstępu do lunaparku.

Wszystko to sprawia, że trendy-setting jawi się czymś w rodzaju estetycznego chwytowego modernizmu. Szczytu elegancji dopatruje się w oszczędności środków, eliminacji ornamentyki (bezładne majtanie nogami w powietrzu) przy jednoczesnym wyeksponowaniu aspektów konstruktywnych ruchu (czyli jego techniki, która na trendy-baldach zawsze jest bardzo wyraźnie ukazana), zarazem ucieczce od rozwiązań banalnych i sztampowych. Bald zawodniczy powinien sprowadzać się do dwóch wyraźnych trudności (przed i za bonusem), posiadać czytelną logikę i nieczytelne patenty; wymagać od wspinacza skupienia i aktywnej uwagi podobnych tym, w jakich celują koneserzy sztuki abstrakcyjnej z okresu jej największej świetności (Kandinsky). Postawa ta w równym stopniu konieczna jest zresztą samemu trendy-chwytowemu, jednym z wymiarów jego pracy jest nieustanna ucieczka przed osunięciem się w „stary styl”. Zbyt wyraźny stopień czy nazbyt wygodny chwyt łatwo zamieniają ruch czujny w ewidentny, zarazem stopień zbyt słaby i chwyt nadto niepasowny mogą położyć całe przedsięwzięcie. Nowoczesna sztuka, wbrew pozorom, nie jest prosta.

* * *

Powyższe wynurzenia mogą się Czytelnikowy wydać utrzymanymi w tonie lekko ironicznym. Jest tak bez wątpienia, wszak mówię o kolegach, niemniej nie oznacza to, że kpię sobie z naszych chwtowych abo ich osiągnięć. Przeciwnie – uważam, że poziom polskiego routesetterigu nigdy nie był nawet porównywalnie wysoki, nigdy też tak wiele osób mających coś sensownego do powiedzenia w sprawie nie było nią równie mocno zainteresowanych, by nie powiedzieć – zafascynowanych. Bezpośrednio przekłada się to na stale rosnący poziom problemów pucharowych, z czasem być może sprawi, że marka „polski chwytowy” będzie gwarantowała sukces kręconej przezeń edycji Pucharu Świata. Póki co sprawia, że start w rodzimych zawodach wreszcie stanowi dobre przetarcie przed rywalizacją zagraniczną.

Pocztówki z Warszawy – język.

Język

Że język warszawski różni się od krakowskiego – to wiadomo. Sam co prawda nie mawiam „na pole” tylko „na dwór”, bo tak mnie nauczono w nie do końca krakowskim domu na Bronowicach (chociaż spotykanej w Stolicy formy „na dworzu” nie znałem), lecz w tutejszych balderowniach równie szybko demaskuje mnie klasyczne „wstaw-że te nogeee!”. Nie o sztampowe i zgrane przypadki się wszakże rozchodzi.

W mowie warszawskiej jest bowiem odmienność inna i subtelniejsza, mianowicie odmienność narracji. Sposób posługiwania się językiem jest organicznie sprzężony z postrzeganiem świata, z drugiej strony język, jako jedno z podstawowych ludzkich narzędzi, determinuje w znacznym stopniu jak się tym światem posługujemy i jak jest przez nas kształtowany. Słowem – pochylenie się nad językiem mówi wiele o samej rzeczywistości, w której język ten jest używany, zaś narracja w danym języku powstała to w wielkiej części także narracja świata, który język ten opisuje i w którym działa.

Narracja warszawska jest więc konkretna, w przeciwieństwie do krakowskiej – dygresyjnej i niejednoznacznej. Stołeczna zmierza prosto do celu, rzecz przedstawia jasno i klarownie, dla wrażliwości krakusa niekiedy nawet grubiańsko. W rozmowie z warszawiakiem czujemy, że wszystkie główne punkta zagadnienia postawiono po to, aby je zaraz potem rozwiązać i brać się do pracy. Bardzo to pomaga w przeprowadzaniu wszelakich przedsięwzięć i przekonuje, że dobrze zrobiliśmy, zmieniając miejsce zamieszkania. Wraz z otwarciem pierwszego słoika opuszcza nas bowiem nagle i niespodziewanie tak dobrze u nas znane poczucie powszechnej i zupełnej niemożności uczynienia czegokolwiek, skutkujące jedyną zdecydowaną decyzją, na jaką stać krakusa – decyzją pójścia na piwo.

Mowa i myśl krakowska tak umiejętnie i sprytnie mącą bowiem wodę, że szybko zaczynamy zżymać się wobec utraty przez nią przedmiotu dyskusji – i w tym szczególe diabeł jest pogrzebany. Żałując bowiem nigdy nieosiągniętego celu łatwo przeoczamy, że celu żadnego i od samego początku nie było, zaś cała gadanina wyłącznie ukryciu tego faktu miała służyć.

Radość nie trwa jednak długo. Po chwili krótszej lub dłuższej ekscytacji, kiedy to po kolejnej rzeczowej rozmowie podejmujemy kolejne rzeczowe działania, pojawia się nostalgia za niepowtarzalną melodią krakowskich rozmów o niczym. I nigdzie jeszcze nie spotkałem w Warszawie knajpy, w której siedziałoby się noc za nocą na „rozmawianiu” o Chopinie, dbając o to jedynie, by zbyt długo nie pozostawać przy jednym temacie i broń Boże nie dojść do wspólnych wniosków; skasowałoby to bowiem ciekawy temat raz na zawsze, podczas gdy tyle jeszcze kieliszków można nad nim wypić.

Okazjonalna wycieczka do Krakowa jest więc zarazem wycieczką ku dobrze sobie znanym bezdrożom języka, a polszczyzna niepowtarzalna jest w swej zdolności unoszenia się ponad poziomem zjawisk i kręceniu młynków samymi słowami. Niedługo jednak trwa idylla. Irytacja pojawia się szybko, kiedy tylko pada odwieczne krakowskie hasło „zmiana knajpy” i kiedy okazuje się, że ktoś musi jeszcze dopić swoje piwo, w związku z czym my też siadamy grzecznie z powrotem na barowym krzesełku i zamawiamy „tymczasem” kolejne. No, a kiedy po chwili ekipa gotowa jest wreszcie ruszyć siedzenia w poszukiwaniu nowego lokum, to już trzeba na nas czekać – niby niedługo, bo zostało mniej jak pół szklanki, ale przecież nikt nie będzie siedział, a tym bardziej stał nad nami, o suchym pysku. Tak zaczyna się błędne koło, z którego nie ma ucieczki i które kładzie większość znakomicie rozpoczynających się krakowskich wieczorów.

Pierwsza ta irytacja jest zarazem ostatnią, bowiem nad ranem z Głównego odjeżdża „teelka” na Centralny. W uszach brzmią jeszcze przeciągane końcówki, tymczasem mózg szybko przestawia się na tryb konstruktywny – za trzy godziny przyjdzie nam rozmawiać z warszawiakami, a z nimi wiadomo – wody nie polejesz, ale przynajmniej kroczek do przodu uczynisz. Smutno tylko czasem, że z tego marszu przez słowa nijak i nigdy nie urodzi się tak miły naszemu krakowskiemu serduchu językowy i życiowy taniec, który co prawda do nikąd nie prowadzi, ale pozwala przynajmniej wierzyć, że nie ma potrzeby nigdzie się ruszać.