Start pulpitu pod felietony, a nie elektronicznego pamiętnika

Chwilę po zawodach na Avatarze (Puchar Polski w prowadzeniu) i na inaugurację tego bloga, który ma być czymś w rodzaju pulpitu pod felietony, nie elektronicznym pamiętnikiem, kilka uwag na marginesie zakończonej imprezy.

Po pierwsze – przyzwyczailiśmy się już, że listy startowe na zawodach pezetowskich, szczególnie z liną, nie przekraczają długością trzydziestu pozycji. Nierzadko w półfinale startuje cała stawka, co niekoniecznie potwierdza sens rezerwowania osobnego dnia na eliminacje. Rzadko z kolei się zdarza, aby zawody takie stały się treścią długo pamiętanego widowiska – w ostatnich latach nie pamiętam takiego wydarzenia. Inaczej niż zawody boulderowe, które bronią się metodami zaczerpniętymi z imprez towarzyskich (ułatwiono procedury startowe przez likwidację obowiązku posiadania licencji, pojawiła się możliwość przeprowadzania eliminacji flashem), konkurencja linowa nie posiada specjalnych środków, dzięki którym mogłaby stać się atrakcyjna dla większej grupy wspinaczy, niekoniecznie o stricte sportowym zacięciu.

Z drugiej strony – być może nie ma wcale takiej potrzeby. Niegdysiejsza rola zawodów pucharowych, na których można było spotkać ludzi z całego kraju, nieraz tyko przy podobnych okazjach widzianych, z obowiązkową, huczną imprezą taneczną i degustacją, została z powodzeniem przejęta przez zawody towarzyskie, zazwyczaj boulderowe; niektórym z nich przypadł nawet w udziale status wydarzeń kultowych, jak pamiętnym Boulder Monsters w Łodzi czy zawodom na Trafo w Katowicach. W gruncie rzeczy stało się w zgodzie z istotą jednego i drugiego typu wydarzeń, że zawodom pucharowym pozostaje do spełnienia jedynie rola czysto sportowa, zaś spotkania towarzyskie, chociaż nierzadko oferujące doskonały poziom sportowy, mają również inne odcienie do smakowania.

Tym samym, nie ma może powodów martwić się długością listy startowej na Pucharze, ważniejsza jest jej zawartość. W idealnej sytuacji na listach pojawiają się wszystkie znaczące nazwiska dla wspinania sportowego w Polsce, kilka obiecujących twarzy i liczni juniorzy, zbierający doświadczenia. W sumie jakichś trzydziestu – czterdziestu panów, nieco mniej dziewczyn. Czy tak było w Krakowie?- listy są znane.

W kwestii formy zawodów możliwe są zaś dwa stanowiska: albo traktujemy je czysto formalnie, jako okazję do okresowego sklasyfikowania zawodników czołówki, przy czym otoczka medialno-teatralna staje się niekonieczna (choć możliwa), albo też sprzedajemy je na zewnątrz, jako „show z udziałem najlepszych”. W tym drugim wypadku oczekuje się, że zawody pucharowe będą stały na najwyższym poziomie organizacyjnym, poprzedzone profesjonalną promocją i że zapewnią udział pokaźnej publiczności. W tle pozostaje jeszcze opcja „romantyczna” – spędów znacznej części środowiska, a przynajmniej dużej liczby liczących się sportowo wspinaczy, niekoniecznie potencjalnych zwycięzców, połączona ze spektaklem światła i cienia pod tytułem „finały”- słowem: marzenia o niegdysiejszej Koronie, tej z najlepszych czasów.

Dzisiejsza sytuacja zawodów „z liną” najbliższa jest pierwszej z przedstawionych wersji. Zawodników jest niewielu, wydarzenia mają raczej kameralny charakter, Puchar i Mistrzostwa Polski przeprowadza się bez specjalnego rozmachu, skromnie, minimalistycznie. Rzecz jasna, jest to przede wszystkim konsekwencją słabej kondycji finansowej branży, co przekłada się na ilość pracy włożonej w przygotowania i rozmach przedsięwzięcia. O ile zawody towarzyskie w pewnej mierze zwracają się organizatorom z wpisowego (między 20, a 40 złotych, co przy dwustu zawodnikach daje sumy między 4000, a 8000 złotych), o tyle puchary, faktycznie przyjmujące formę zawodów „tylko dla najlepszych”, siłą rzeczy przędą znacznie cieniej. Próby dotarcia do szerszej rzeszy wspinaczy są o tyle trudne do pomyślenia, że z punktu widzenia zawodnika zawody „z liną” są nieskończenie nudniejsze i niemal zupełnie jałowe wspinaczkowo, jeśli porównać je z imprezami boulderowymi. Tu robi się, w najlepszym wypadku, dwie drogi eliminacyjne, jedną półfinałową i jedną finałową – tam eliminacje we flasch’u zapewniają półtorej godziny dobrej zabawy na różnorodnych przystawkach. Ze sponsorami zaś jest o tyle krucho, że przy małej liczbie startujących i braku większej publiki nie bardzo mają oni do kogo dotrzeć przy okazji takiego wydarzenia.

Jak pisałem – przynajmniej teoretycznie nie musi to być wada, niemniej należy spełnić kilka warunków, dotychczas niezrealizowanych. Po pierwsze – sens takich zawodów zasadza się na obecności zasadniczej części czołówki wspinaczkowej. Sęk w tym, że bynajmniej nie cała czołówka wspinania sportowego w ogóle znajduje w sobie zawodnicze zacięcie (Ola Taistra, Łukasz Dudek). Ci zaś, którzy je mają, nie przywiązują do sprawy na tyle dużej wagi, by odwiedzać imprezy w sumie mało ciekawe, cały weekend poświęcać na wspomniane cztery drogi i mieć z tego (ewentualnie) trochę pieniędzy w kopercie oraz punkty w tabelce. Szczególnie, że tabelka na nic nie wpływa, poza wątpliwym prestiżem. Wątpliwym, bo mało kto startuje we wszystkich (trzech! – straszna liczba) edycjach w roku, więc i ewentualne zwycięstwo w końcowej klasyfikacji jest tyleż przypadkowe, co mało satysfakcjonujące. Wpływałaby zaś na skład Kadry Narodowej, gdyby ktokolwiek poważnie myślał o startach z liną za granicą. Ale nie myśli i koło się zamyka.

Po drugie – od takich zawodów, czysto „profesjonalnych” (w znaczeniu – stanowiących zamkniętą sprawę osób zajmujących się na poważnie wspinaniem zawodniczym), oczekiwalibyśmy znakomitej organizacji pod kątem czysto sportowym (doskonałe sędziowanie, znakomita ściana do rozgrzewki, izolowana strefa izolacji etc.). Zazwyczaj tak nie jest – sędziowanie w Polsce pozostawia wiele do życzenia, organizatorzy nierzadko „puszczają oko” do zawodników, żeby ten czy ów punkt regulaminu potraktować lżej („startujmy szybciej, bo wszystkim się spieszy po zawodach do domu”), zarazem lekce sobie ważąc fakt, że panel do rozgrzewki ma dwa metry na trzy, zaś w strefie izolacji tradycyjnie słychać nie zawsze dyskretny komentarz prowadzącego (temu ostatniemu akurat trudno się dziwić; „dyskretny wodzirej”? – nonsens). Oczywiście, atmosfera „wicie – rozumicie” bywa jak najbardziej dopuszczalna, wszak nie gramy o złote gacie, ale – na zawodach towarzyskich. Niemniej właśnie rozważamy sytuację, w której puchary są od takich imprez jak najdalej.

W rzeczywistości jednak zawody w prowadzeniu wyglądają tak, jak wyglądają, gdyż nikomu nie zależy na ich istnieniu naprawdę. A prawda wygląda następująco – trzy edycje pucharu prawnie muszą się odbyć, aby wpływała kasa z ministerstwa na wspinanie sportowe. Zarazem, o czym już była mowa, jeśli komu zechce się nie spać przez tydzień dla zorganizowania zabawy z przytupem, w ciemno wybiera bouldering. Z tego względu niejednokrotnie zawody „linowe” sprawiają, chyba nie fałszywe, wrażenie przeprowadzanych na siłę, tylko po to, żeby się odbyły. Ja sam niejednokrotnie jeżdżę na te imprezy z poczucia osobliwego obowiązku (no!, ktoś musi startować),wynikającego pewnie z szesnastu lat startów i swoistego sentymentu. Pytanie, czy taka sytuacja kogokolwiek satysfakcjonuje.

Obecny stan rzeczy wymaga zatem decyzji następującej: czy wchodzimy na poważnie w formułę „cichych spotkań czołówki”, formułę, która dopuszcza przecież zawsze wystawienie finałowego zmagania na oświetloną scenę, przed pogrążoną w mroku publiczność, zahipnotyzowaną muzyką miksowaną na żywo i porywającym komentarzem – dopuszcza, ale nie narzuca, więc nie generuje koniecznie wysokich kosztów? Jeśli tak, to ze strony Komisji Wspinaczki Sportowej oraz organizatorów należy oczekiwać, że poziom „techniczny” zawodów znacznie się podniesie, zaś od potencjalnych zawodników – mobilizacji startowej, bez której takie wydarzenia nie nabiorą stosownej rangi i powagi. Czy też – przeciwnie – wracamy do koncepcji zawodów masowych, na podobieństwo imprez boulderowych? W tym drugim wypadku należy przemyśleć obecne przepisy i być może odejść od rozwiązań stosowanych na zawodach międzynarodowych (więcej dróg eliminacyjnych?), przy czym przyznam szczerze, że nie wiem, czy jest to formalnie dopuszczalne (sprawdzę, napiszę). Pamiętajmy jednak, że ta druga propozycja posiada zasadniczą wadę – czego by nie wymyśleć, przynajmniej na chwilę obecną moda na zawody boulderowe skutecznie wysyca zapotrzebowanie na wspinaczkowe spotkania.

Oczywiście, można posądzić nakreślony obraz o brak ambicji (zawody bez publiczności?). Istotnie też, nie da się w żaden sposób ukryć, że my – zawodnicy – wolimy startować przy pełnej hali, niesieni dopingiem. Sport nasz nie jest popularny, miło czasem o tym na chwilę zapomnieć. Ale fakty są takie, że póki co nie ma miejsca na wielkie show z liną od dołu i prawdopodobnie jesteśmy skazani na „minimalizm”, przynajmniej w odniesieniu do większości zawodów „w prowadzeniu”. Każda zmiana w pożądanym kierunku będzie oczywiście wspaniałą, tymczasem jednak warto popracować nad tym, co jest. I robić to porządnie.

Post scriptum: powyższe uwagi nie są bezpośrednim komentarzem do zawodów na Avatarze, które pod wieloma względami wypadły bardzo dobrze; niemniej – krótkość list startowych uruchomiła lawinę przemyśleń ogólniejszych, którymi pozwoliłem sobie podzielić się na tych łamach (jeżeli to są łamy).