Słowniczek filozoficzno-wspinaczkowy, cz. II (filozofia Wschodu).

Podążając za jedną z sugestii, zamieszczam na Święta słowniczek wspinaczkowej filozofii Wschodu.

 

Buddyzm

 

Wedle wspinaczkowego buddysty podstawową rzeczywistością wspinania jest cierpienie (dukha), co akurat nie wydaje się obce polskiej tradycji. Cierpienie bierze się z błędnie przyjętego założenia o istnieniu kogoś takiego jak „wspinacz”, a z drugiej strony czegoś takiego jak „droga”. Na gruncie tego błędu – który, dodajmy, jest nie tylko powszechny, ale i naturalny w stanie samsary – pojawia się „pragnienie”, mianowicie pragnienie pokonania drogi, żywione przez wspinacza. Ponieważ nie jest możliwe przejście wszystkich dróg, a zazwyczaj nie jest nawet możliwe przejście tej drogi, która stanowi szczyt naszych marzeń, „pragnienie” przeradza się w nieustające cierpienie, wynikłe z niespełnienia. Pełne zaspokojenie nie jest osiągalne, zaś jako nieosiągnięte – nieustannie stymuluje pragnienie i koło się zamyka. Jedynym wyjściem z jałowego kołowrotka cierpienia jest porzucenie fałszywej wiary w istnienie „wspinacza” i „drogi”, a na jego miejscu przyjęcie zasady powszechnej współzależności zjawisk – nie ma czegoś takiego jak „łojant” i „to, co zostało załojone” – istnieje jedynie „łojenie”, jako fakt relacyjny. Wspinacz istnieje o tyle, o ile wspina się po drodze, ona zaś – tylko do tego stopnia, w jakim wspina się na niej wspinacz. Byty te nie występują niezależnie, niejako w separacji, żeby dopiero potem móc się połączyć, zaś pomiędzy sobą pozostawić miejsce na „pragnienie pokonania drogi przez wspinacza”. Jeżeli likwidujemy jakikolwiek dystans, a nawet odróżnienie, pomiędzy wspinaczem a drogą (gdyż w rzeczywistości nie ma żadnych niezależnych od siebie bytów, które można by odróżniać), znika zarazem miejsce na pragnienie, które warunkuje cierpienie; słowem – wyzwalamy się od przywiązania do tej czy innej drogi i po prostu się wspinamy (nirwana).

 

Zen

 

Jedna z odmian buddyzmu. O ile buddyzm tradycyjny zaleca liczne, nieraz skomplikowane, praktyki religijno-medytacyjne mające prowadzić do oświecenia (dostrzeżenia braku niezależnego istnienia wspinacza i drogi), o tyle zen jest bardzo praktyczny. Powiada się: „kiedy się wspinasz, wspinaj się, kiedy restujesz – restuj”, a także „kwiat pośrodku ogrodu”. Ta ostatnia wypowiedź to tzw. koan, czyli coś, o czym nikt nie wie, co oznacza, ale jeśli w odpowiednim momencie uśmiechniemy się, gdy go usłyszymy, możemy dostać od mistrza pochwały albo baty. Poza tym kładzie się nacisk na praktyczne, proste czynności oraz doskonalenie się w nich (sprzątanie namiotu, krojenie cukinii, skręcanie peta). W ich efekcie oświecenie (satori) albo samo przyjdzie, albo nie. Nie należy się tym przejmować, tylko się wspinać, gdyż stan oświecenia polega ostatecznie na świadomości, że żadne oświecenie nie jest ani potrzebne, ani możliwe.

 

Tantra

 

Zespół wyrafinowanych, nieortodoksyjnych wierzeń i praktyk, zakładających konieczność uwolnienia pierwotnej energii seksualnej. W zależności od odmian tantry ma to bądź prowadzić do wzrostu poziomu naszego wspinania, bądź być jego efektem. Postuluje się ponadto spożywanie mięsa, ryb, zboża (musli), wina. Biorąc pod uwagę, że większość ludzi wspina się z bardziej lub mniej ukrytym zamiarem podniesienia swojej atrakcyjności seksualnej, zaś wymienione produkty stanowią podstawę diety na wyjazdach wspinaczkowych, wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia tantrystami. Nie zaleca się jednakże wyciągania zbyt daleko idących wniosków z tego uproszczenia.

 

Taoizm

 

To ściśle chińskie zjawisko trudno zaklasyfikować. Nie jest ani religią, ani filozofią. Taoizm wyrasta z przekonania o istnieniu pewnej ukrytej, subtelnej zasady wspinania (tao), jako takiej niepoznawalnej, więc niewypowiadalnej, w zgodzie z którą jednakże koniecznie należy się wspinać. Ma ona być wcześniejsza od wszelkich rozróżnień (wspinacz – droga, chwyt – stopnień itd.), stanowiąc zarazem ich głęboką podstawę. Mędrzec wspina się w harmonii z tą zasadą, którą przeczuwa raczej, niż wyznawa. Postawę jego cechuje pragnienie „działania przez nie-działanie”, reguła łagodnego wpisania się w całość rzeczywistości. Mędrzec robi zatem te drogi, które robi, zaś tych, których nie robi, nie próbuje robić. Jego trening nie ma charakteru walki ze sobą i całym światem, wręcz przeciwnie – jest łagodnym, ale stanowczym przedłużeniem naturalnej harmonii wszechświata, gwoli której się wspina (lub nie). Tym samym nie mniejszym mędrcem wspinaczkowym od mistrza jest ktoś, kto nie wspina się w ogóle, ponieważ jego te (wynikająca z tao droga życia) idzie w innym kierunku.

 

Konfucjanizm

 

Konserwatywna, chińska filozofia wspinania. Wyznaje potrzebę pielęgnowania tradycji i głębokiej kultury wspinaczkowej, a także ćwiczenia się na uświęconych tą tradycją drogach wspinaczkowych. Szczery konfucjanista powinien posiadać tak wystudiowane ruchy na klasykach, że właściwie trudno odróżnić jednego konfucjanistę na danej drodze od innego. Wspinanie jego cechuje skrajna elegancja, płynność ruchu, szacunek dla istniejących patentów oraz nieskazitelna kultura osobista. Z dokładnością do niektórych cech typ nietrudny do znalezienia w skałkach podkrakowskich.

 

 

Post Factum.

Post Factum (minionych zawodów na KFG), ale nie post mortem, gdyż krakowska impreza ma się świetnie i wszystko wskazuje na to, że nieprędko przestanie być stałym punktem naszego kalendarza wspinania sportowego. Kilka słów na ten temat ze strony osoby, która była silnie emocjonalnie zaangażowana w krakowskie zawody i miała okazję oglądać je od kuchni, zarazem nie będąc głuchą na opinie dolatujące z drugiej strony sceny.

Po pierwsze (a propos moich wcześniejszych dywagacji na temat zawodów w Polsce) – po finałach Mistrzostw widać wyraźnie, jak wielką rolę ma do odegrania publika. Zawody przeprowadzane przy udziale samych startujących mogą być znakomite ze sportowego punktu widzenia (zależy to od poziomu uczestników, jakości pracy chwytowych oraz kompetencji sędziów); mogą też zapaść w pamięć ze względu na otoczkę towarzyską, jak to nie raz już bywało. Niemniej trudno nie zauważyć różnicy między taką imprezą, a wydarzeniem gromadzącym kilkusetosobową grupę widzów, a dalej – między tym ostatnim, a zawodami obserwowanymi przez półtora tysiąca.

Po drugie – wspomniany aspekt ma zwrotny wpływ na sportowy przebieg rywalizacji. Atmosfera w strefie izolacji podczas KFG jest zasadniczo odmienna, niż w trakcie wszystkich innych zawodów, różni się także od tej, którą oddychaliśmy podczas półfinałów na Avatarze (gdzie rozegrano poprzednie rundy). Istnieje pewna graniczna ilość ludzi, przed przekroczeniem której nawet dość liczne zgromadzenie nie daje rady wytworzyć podziału na scenę i widownię, a ze startujących uczynić aktorów (a nie tylko kolegów i znajomych tychże kolegów). Poniżej tej granicy pozostajemy na poziomie zmagań w osiedlowej kotłowni (nieraz fascynujących) – za nią mamy do czynienia z wydarzeniem publicznym. Tym samym zmieniają się mobilizacja i poziom skupienia startujących – nie w tym sensie, jakoby dotychczas byli oni mniej zmotywowani, są zmotywowani inaczej. Gdzie indziej startują z nastawieniem podobnym do tego, z którym na wspólnym treningu pragniemy pokazać kolegom, kto dzisiaj rozdaje karty. Teraz koledzy stają się mniej istotni – ważna jest sama jakość sportowego występu, pragnienie wykorzystania wszystkich atutów, jakie się posiada; łojant przekształca się w zawodnika. Z tego punktu widzenia mogłoby się okazać (hipoteza), że zawody takie, jak na krakowskim festiwalu (jedyne obecnie w Polsce) nie tyle wskazują, kto się najlepiej wspina, ale raczej – kto najlepiej staruje (znosi presję czasu, konieczność rywalizacji etc.). Tym samym obecność tłumu ludzi w jakiś sposób modyfikowałaby przebieg sportowej zabawy.

Pytanie, skąd wziąć znaczną publikę znajduje odpowiedź na KFG, zaś z niej płynie pierwsza moja sugestia – należałoby przemyśleć koncepcję stopniowego podążania w kierunku organizacji zawodów boulderowych (a być może też czasówek), przy okazji większych, niezależnych imprez wspinaczkowych (czy okołowspinaczkowych, albo wręcz niezależnych tematycznie), które same z siebie „dostarczą widzów” zmaganiom na ściankach,a ponadto dysponują odpowiednim zapleczem infrastrukturalnym, szczególnie halą z dużą widownią. Kilkuletnie doświadczenie krakowskie pokazuje, że ludzie nie wykorzystują festiwalowej „przerwy na zawody”, aby zjeść w tym czasie obiad – wręcz przeciwnie, tuż przed finałami tłum gęstnieje i to pomimo nie najkorzystniejszej pory (samo południe). Zawody zatem nie tylko nie obniżają, ale wręcz podnoszą ogólny poziom festiwalu, skąd ich obecność w programie odbywa się z obustronną korzyścią. Dodatkowym i niebagatelnym zyskiem z takiej sytuacji byłoby większe zainteresowanie sponsorów, będące następstwem obecności liczniejszych mediów pozawspinaczkowych na imprezie organizowanej przy okazji dużego wydarzenia.

Kolejna rzecz, która przychodzi do głowy zaraz po zawodach na Festiwalu i ma związek z widocznym na nim potencjałem, jaki kryje się w sportowym boulderingu: niewątpliwie przydałyby się wreszcie nowe, alternatywne wobec Tomy Oleksego, grzyby boulderowe. Wbrew pozorom inwestycja w „competition wall” do boulderingu nie jest wcale kwestią aż tak wielkich pieniędzy – inna rzecz, kto miałby te pieniądze wyłożyć. Po Polsce krążą plotki o zainteresowaniu dużego sponsora zawodami pucharowymi – być może ewentualny sukces negocjacji będzie pierwszym krokiem do wykorzystania tego potencjału, który wynika przede wszystkim z niezwykłej „elastyczności” boulderingu. Elastyczności takiej nie posiada natomiast wspinanie na trudność (dzisiaj: „prowadzenie”), wymagające potężnej konstrukcji i miejsca na takową, co z trudem dałoby się połączyć z jakimkolwiek festiwalem, przeglądem filmów i w ogóle z krytą halą.

Słowem – sądzę, że w najbliższych latach istnieje ciekawa możliwość rozwoju przynajmniej zawodów boulderowych, skądinąd pewnie nie jedyna. W każdym razie – którąś z nich dobrze byłoby wykorzystać i popchnąć tym samym wózek do przodu. Kto wie, może powrócą czasy, kiedy pucharowe zmagania nie ograniczały się do obowiązkowych trzech w sezonie? Przestrzeń dla rozwoju istnieje.

 

Krótki słowniczek możliwej, chociaż nieistniejącej, filozofii wspinania (część pierwsza).

Ten krótki słowniczek, mający charakter żartu, acz nie bez pewnych istotnych odniesień do rzeczywistości, ma być wedle mojego zamiaru kontynuowany. Proszę więc powstrzymać się przed zarzutami o niekompletność, wszelkie inne mile widziane.

 

Platonizm.

Drogi wspinaczkowe są dla platonika jedynie marnymi odbiciami „dróg idealnych”, niedostępnych dla wspinania, ale osiągalnych przez rozum ludzki, w szczególności rozum wspinaczkowy. Rozum ów wiedzę o nich zaczerpnął nie z doświadczenia, które nic na ten temat powiedzieć nie może, lecz jest mu ona wrodzona, ponieważ niegdyś (przed narodzinami) dusza jego oglądała i wspinała się po „drogach prawdziwych”. Przemierzając ogródki skalne, człowiek przypomina sobie owe drogi ze świata idei i odnajduje ich niedoskonałe podobieństwa, a następnie je prowadzi. Jest więc idea drogi siłowej, drogi ciągowej, drogi technicznej, a z innej strony – drogi przewieszonej, drogi po kaloryferach itd. Nad wszystkimi zaś góruje idea drogi wspinaczkowej jako takiej, jedna i niepodzielna (skrajny platonizm utrzymuje, że nie jest to w ogóle droga, tylko pojedynczy „ruch idealny”, co dawało argument do ręki zwolennikom boulderingu). Ścianki wspinaczkowe, jako naśladownictwo naśladownictwa, a więc wspinanie po dwakroć wtórne, powinny zostać zakazane w idealnym państwie wspinaczkowym.

Realizm wspinaczkowy.

Pogląd, wedle którego droga wspinaczkowa istnieje obiektywnie i niezależnie od aktywności ludzkiej. Odróżniany od idealizmu (patrz niżej). Wedle tego stanowiska, droga jest odnajdywana przez autora w skale jako już wcześniej obecna, zaś jego zadaniem jest właściwe odczytanie zaproponowanej przez skałę sekwencji. Tym samym odrzuca się również jakiekolwiek ingerencje w naturalną rzeźbę skały, zaś sytuacje, w których „brakuje tylko jednego chwytu”, zamiast skłaniać do preparacji, wymagają od nas pokornego uznania, że w danym miejscu nie ma żadnej drogi. Ważka konsekwencja etyczna jest ze sprawą realizmu związana: otóż dopuszcza on możliwość „nietrafienia” w drogę, błędnego odczytania obiektywnej linii, stworzenia drogi pozornej, która w istocie w ogóle drogą nie jest. Radykalnie pojmowany realizm nakłada zatem obowiązek nieuznania drogi, która powstałaby przez „uzupełnienie” niedomogów ściany, a nawet zwykłe błędne poprowadzenie jej tam, gdzie „obiektywnie” nic nie ma (niektóre kombinacje są tutaj skrajnym przykładem) i bądź zupełne powstrzymanie się do wspinaczki na takowej, bądź przynajmniej potraktowanie jej sposób treningowy, jako „drogi ściankowej”. Zapisanie takiego przejścia w kapowniczku będzie dla realisty sprzeniewierzeniem się zasadom.

Idealizm wspinaczkowy…

…wedle którego „naga skała”, taka, jaką zastajemy na początku eksploracji, jest „tabula rasa”, czyli nie ma na niej jeszcze żadnych dróg, nawet potencjalnie. Ich wytyczenie należy do wspinacza i tylko w umyśle jego i kolegów ze środowiska byty takie, jak drogi, istnieją. Tym samym otwiera się pole dla rozmaitych wtórnych ingerencji w linię: dokręcanie, a następnie wykręcanie sztucznych chwytów, tworzenie podwariantów, majstrowanie z ogranicznikami itp. Dodajmy, nie wdając się w szczegóły, że idealizm dopuszcza rozmaite postaci mniej skrajne, które tym samym nie skutkują tak drastycznymi konsekwencjami

Racjonalizm.

Racjonalizm powstaje w odpowiedzi na pytanie, jak jest możliwe, że człowiek, który się nigdy nie wspinał, już jakoś umie to robić. Wedle racjonalistów posiadamy pewne „wspinaczkowe idee wrodzone”, powszechne i nieusuwalne. Nasza wiedza o tym, co to jest wspinanie i jak się do niego zabierać, nie może pochodzić od zmysłów, gdyż te, jako zawodne, nie dają pewności co do tego, czy rzeczywiście się wspinamy, czy też robimy co innego. Niektórzy racjonaliści po platońsku utrzymywali, że przykładem takiej pomyłki są ściany wspinaczkowe i powstałe na nich drogi – wspinaczom ściankowym wydaje się, że uprawiają wspinanie, gdyż zaufali zmysłowemu podobieństwu ruchów na ścianie i w skale. W rzeczywistości jednak mylą się i nic ich nie odróżnia od chomika, który biegnąc w kołowrotku imaginuje sobie, że dokądś zmierza.

Emipiryzm.

Z kolei wedle empiryzmu, przychodząc na świat nie mamy żadnej wiedzy, nie tylko na temat wspinania, ale w ogóle. Ta wyrabia się w nas przez łączenie prostych wrażeń zmysłowych w większe całości. W odniesieniu do wspinania polegałoby to na tym, że zrazu robimy pierwszy ruch wspinaczkowy w swoim życiu, potem drugi i trzeci, dalej kolejne, aż w pewnym momencie zbieramy je razem i nazywamy wspinaniem po drogach wspinaczkowych. Taki sposób myślenia inspiruje…

…klasyczną psychologię drogi wspinaczkowej,

wedle której nasze poznanie linii odbywa się ruch po ruchu. Każdy kolejny przechwyt jest dla wspinacza jakby „psychicznym atomem drogi”, które zestawione razem dają finalnie psychiczny obraz drogi jako takiej. Temu podejściu sprzeciwia się radykalnie

wspinaczkowa psychologia postaci.

Głosi ona, że drogi wspinaczkowe postrzegamy najpierw jako pewne „całości”, a dopiero potem, podczas patentowania, wydobywamy z nich kolejne ruchy. Psychologowie postaci argumentują nie bez słuszności, że nikt nie pracowałby nad pojedynczym ruchem, gdyby z założenia nie miało to prowadzić do poprowadzenia całej linii. Ogół jest więc psychologicznie wcześniejszy od szczegółu. Na bazie psychologii postaci powstała tak zwana „szkoła psychoterapii wspinaczkowej Gestalt”. Zakłada ona, że nasze niepowodzenia wspinaczkowe biorą się z niekompletnego obrazu całości drogi w psychice wspinacza. Zadaniem terapii jest więc najpierw odnalezienie brakujących elementów, a następnie integracja tychże z faktycznym wyobrażeniem na temat linii, jakie wspinacz posiada. Jest to proces niełatwy, niejednokrotnie wymagający na początku zupełnej destrukcji już żywionego wyobrażenia o przebiegu problemu, a następnie zbudowania go na nowo, w sposób kompletny i harmonijny.

Strukturalizm.

Teoria określająca proces wspinania jako sumę par opozycyjnych, takich jak „krzyż-wyprost”, „ustawienie-ruch” („nogi-ręce”), „luz-blok” itd. Powstała w ten sposób struktura drogi nabudowana jest na ogólniejszej strukturze, w której wyróżnioną parę tworzy zestawienie „wspinacz-skała”, przez jednych uznane za fundamentalne, przez innych pochodne wobec tajemniczej „głębokiej struktury wspinania”, jak dotychczas nieodnalezionej.

Poststrukturalizm (postmodernizm wspinaczkowy).

Wyrasta ze sprzeciwu wobec totalitarnego, zdaniem postmodernistów, dyktatu schematów strukturalistycznych, a szerzej: tzw. wielkich narracji wspinaczkowych (opowieść o człowieku gór, pierwsze zimowe wejście na Mount Everest, historia stopnia VI.5, legendy o „naszych na Weście”). W ich miejsce postuluje się docenienie „narracji lokalnych” (mój mały Everest); ruch staje się ważniejszy od całej drogi, a w każdym razie równie ważny. Niebagatelne konsekwencje dotyczą stylu: pokonanie połowy drogi wspinaczkowej również jest przejściem zasługującym na miejsce w kapowniczku, gdyż sam koniec drogi jest wyznaczony arbitralnie (na przykład w połowie ściany), co jest wyrazem przemocy jej autora; jakaś droga równie dobrze mogłaby kończyć się tam, gdzie spadliśmy. Podobnie przejście pierwszych kilku wyciągów drogi wielkościanowej winno, opatrzone wyceną najtrudniejszego z nich, zostać uznane za klasyczne przejście krótszego wariantu drogi zasadniczej, przy czym samo słowo „zasadnicza” jest o tyle nie na miejscu, że obie drogi są równie ważne i „prawdziwe”.

Katolicyzm wspinaczkowy.

Radykalny przeciwnik postmodernistów, oskarżający ich – słusznie – o porzucenie wszelkich zasad i moralną degrengoladę. Wspinanie katolickie charakteryzuje się konserwatyzmem, głębokim przywiązaniem do istniejących ustaleń, jak głupie by nie były, poszanowaniem autorytetu i podkreślaniem roli „środowiska”. Oczekuje się, że na samej górze stać będzie „papież wspinania”; trwają spory, kto miałby nim być. Wymagane jest regularne uczestniczenie w obrzędach kościelnych (przynajmniej raz na tydzień), mających miejsce w „Świątyni Czystego VI.5”, ewentualnie (zastępczo) częste pielgrzymki tamże. Herezja (wspinanie w płytach, ignorowanie ograniczników) jest surowo tępiona. Ważniejszy od duchowego zaangażowania i realnej mocy bywa zewnętrzny wyraz prawomyślnych przekonań. Nie zachęca się do poszukiwań, raczej cierpliwego powtarzania wyuczonych sekwencji. Silny nacisk na realizację ustalonych patentów. Doceniana jest wytrwała praca nad sobą, zwłaszcza w postaci wieloletnich prób na danym problemie. Raz na jakiś czas zwoływany jest sobór, który co prawda nie wprowadza zmian w doktrynie (drogi pozostają te same, przynajmniej z nazwy), ale wyraźnie moduluje jej wydźwięk (odkręcanie kolejnych chwytów, zmiana wycen). Integralną częścią katolicyzmu jest przekonanie o własnej nieomylności i powszechnej obowiązywalności, co potrafi skutkować brakiem tolerancji dla osób o innych przekonaniach. Jak dotąd nie zanotowano wydarzeń o charakterze wojen krzyżowych, z drugiej strony – trudno je jednoznacznie wykluczyć.