Nowe Bloco – pierwsze wrażenia i trochę więcej.

Odbyte klika dni temu zawody na Bloco w Warszawie były poza wszystkim okazją do przyjrzenia się nowej lokalizacji ściany – kto bywał na Bloco dotychczas, miał prawo czuć dreszczyk zainteresowania, gdyż warszawskie panele bez wątpienia wprowadziły nową jakość na scenie. Był to pierwszy tak poważnych rozmiarów obiekt przeznaczony wyłącznie do boulderingu; ściany zbudowane ze znawstwem przedmiotu, klasyczne boulderowe formacje (w tym oczywiście dużo połogów i wyjść na nie), pokryte problemami o stopniowanych trudnościach – niewiele razy miałem przyjemność tam się wspinać, ale wiarygodne źródła informacji donosiły regularnie, że rzeczywistość nie odbiega od pierwszego wrażenia. Dodatkowym smaczkiem była dla mnie zawsze  estetyka miejsca („kontr-fitness”), miło rezonująca w duszy ze wspomnieniami imprez na ładowniach piwnicznych czy strychowych.

Już pod tym kątem nowe Bloco nie zawodzi – na wejściu witają nas potężne kontenery, ustawione na środku hali w modernistyczny wzór, a kryjące w sobie zaplecze sanitarne, biuro, magazyny – potrzebne rzeczy. Dzielą one potężną, znacznie większą od dotychczasowej, halę na dwie części – większą zapełniły panele, mniejsza służy za szatnię i tereny rozrywkowe (piłkarzyki). Kieruję się w prawo – rzecz jasna w kierunku ściany, to zawsze najpierw. Dotychczasowe formacje zostały wzbogacone kilkoma nowymi, panele odnowiono, więc estetyka skoczyła do góry (aczkolwiek musi jeszcze nieco poczekać, aż reszta hali nadrobi zaległości). Miejsca od groma, ściany ustawione podobnie jak poprzednio – dookoła – więc pośrodku ogromna przestrzeń. W dwa dni po zawodach większość była już zapełniona przystawkami, mogłem więc sobie przypomnieć, jak Bloco wygląda na co dzień i trzeba uczciwie przyznać, że profesjonalnie, dając dowód, że kwestii przygotowania baldów nie traktuje się tutaj po macoszemu. Zresztą – biorąc udział w przykręcaniu ściany po imprezie miałem okazję naocznie przekonać się, jak duży nacisk kładą chłopaki na poziom przygotowanych problemów czy adekwatność trudności (każdy kolor chwytów to osobna trudność).  W tej części hali jest jeszcze trochę miejsca, więc można liczyć na kolejną rozbudowę, zresztą zapowiadaną w kuluarowych rozmowach przez osoby „ze środka rzeczy”.

Druga strona przepierzenia z kontenerów nie robi już takiego wrażenia, natomiast zaskakuje jeśli chodzi o przestrzeń – w samym tym miejscu mogłaby się zmieścić bardzo pokaźna ściana. Zagaduję „Ziółka” (Kubę Ziółkowskiego, który jest na Bloco lokalnym wodzem), ten jednak odżegnuje się od podobnych pomysłów, odsyłając do wolnej przestrzeni we „właściwej” części; z tej strony ściany nie będzie (przynajmniej na razie). Niemniej coś wisi w powietrzu i udaje mi się wyciągnąć informację, że jeszcze tej wiosny Bloco znowu zaskoczy i będzie to miało związek z dzisiejszą, na razie skądinąd prowizoryczną, szatnią – o co jednak chodzi, na ten temat Ziółek milczy.

 

Tyle bezpośredniego spojrzenia, teraz rzut z szerszego obiektywu. Profesjonalne, komercyjne boulderownie to u nas nowość – dotychczas miały one charakter podziemnych kuźni mocy dla wtajemniczonych, zaś „biznes” robiło się w ramach obiektów przynajmniej formalnie przeznaczonych do wspinania z liną, nawet jeśli miały niewiele więcej metrów niż porządny panel do boulderingu. Teraz się to zmienia, Bloco jest najsilniejszym wyrazem tej zmiany, ale jest przecież jeszcze Crux w Wawie, Parbat w Krakowie… Skąd zmiana? Przede wszystkim – bouldering nie tak znowu dawno usamodzielnił się jako pełnoprawna dyscyplina wspinania, posiadająca własnych patriotów, którzy za nic w świecie nie pozwolą się związać liną, zaś każdy ruch powyżej dziesiątego uważają za „taternictwo”, a nie wspinanie. Tym samym przełamany został mit, że ściana wspinaczkowa musi dawać możliwość wspinania się z liną, nawet jeśli ma tylko kilka metrów wysokości (patrz: AKG w Łodzi, gdzie skądinąd urocze i wspaniałe zawody organizowali w latach 90-tych Piotrowie Pustelnik i Sikora; finał tradycyjnie wiódł trawersem wzdłuż całej sali, podczas którego za wspinaczem postępował asekurant z liną w koszyku, nieraz nie mający nic do roboty, gdyż nielicha część zawodników spadała przed pierwszą wpinką, choć już po kilkunastu – co najmniej – ruchach; potem szło się w dach, w którym wpinki wykonywaliśmy po trzy z jednego chwytu). Po drugie – przykład przyszedł z Zachodu (Wielka Brytania?). Po trzecie – doświadczenie prowadzenia sekcji wspinaczkowych uczy, że klientowi ściany wspinaczkowej lina niekoniecznie i nie zawsze konieczna jest do szczęścia, zaś instruktorowi – do przekazania wiedzy o technice wspinania czy przeprowadzenia jakiegoś programu treningowego.

Jednocześnie wzrastające wymagania rynku otworzyły oczy na znaczenie postaci chwytowego. Anonimowa ta rola, dotychczas często wykonywana przez obsługę ściany w ramach „codziennych obowiązków”, zyskuje konkretne twarze i pozwala na tworzenie kreacji. Starszy chwytowy zaczyna być koniecznym członkiem zespołu centrum wspinaczkowego, a systematyczna i zintegrowana polityka przekręcania istniejących dróg/problemów jednym z wyznaczników jakości. Żeby nie szukać daleko: na krakowskiego Avatara mnóstwo osób jeździ tylko i wyłącznie dla dróg, po których można się tam powspinać. Równolegle wzrasta znaczenie jakości samych chwytów. Piękne, romantyczne czasy samoróbek, lepionych w rękawiczkach z żywicy mieszanej z piaskiem, odchodzą w przeszłość. Zapewne – będziemy je wspominać z rozrzewnieniem, ale podobnym temu, z jakim śpiewa się „Pejzaże Harasymowiczowskie” przy ognisku.

Sprawa zahacza o zagadnienie upowszechnienia, a zarazem profesjonalizacji wspinania sportowego (skądinąd podjęte ostatnio na forum przy okazji tematu ewentualnej obecności wspinania na Olimpiadzie). Poziom przygotowania ściany wspinaczkowej jest tutaj rzeczą niebagatelną – z jednej strony chodzi bowiem o wyjście naprzeciw oczekiwaniom klientów (wymiar komercyjny), z drugiej – dobrze przygotowana ściana nie tylko zapewnia im przyjemnie spędzone dwie godziny dnia, ale też potrafi spełnić swoją rolę przy nauce wspinania. Nie uczynią tego łopatologicznie kręcone drabiny po klamach, ale dobrze przygotowane przystawki i drogi – jak najbardziej. Ponadto – potrafią być one znakomitą pomocą dla instruktorów prowadzących sekcje wspinaczkowe.

A propos: wśród utyskiwań ludzi popisujących się imponującym nieraz, bo dziesięcioletnim, stażem wspinaczkowym nie wolno zapominać, że rozwój komercyjnej strony wspinania wpływa bezpośrednio na wielkość rynku wspinaczkowego, a więc na przykład skłonność firm do sponsorowania różnego rodzaju wyjazdów czy innych przedsięwzięć. Pośrednio nie jest też pewnie obojętny wobec pieniędzy, na jakie mogą liczyć rozmaite komisje pezetowskie z budżetu Państwa. Przede wszystkim jednak – jest faktem, a z faktami się nie dyskutuje, szczególnie, jeśli nie ma się siły ich zmienić. Powtarzając to, co już tutaj napisałem – na fakty, owszem, można się obrazić, czyli pozwolić im rozwijać się niezależnie od nas, okopując coraz bardziej anachroniczne Okopy Świętej Trójcy. Niemniej, „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”, zaś kamyki leżące obok, niestety, nie mają na rzeczywistość żadnego wpływu.

Tymczasem jednak rzeczywistość rozwija się, może nie tak dynamicznie, jak byśmy tego sobie życzyli, ale na pewno w określonym kierunku, a jest to kierunek coraz odpowiedzialniejszego podejścia do tego, co prezentujemy naszym klientom (my – ludzie, których spotykają na ścianie wspinaczkowej jako jej „gospodarzy”) jako produkt, za który żądamy pieniędzy. Będzie to podejście uczciwe i zasadne, jeśli prezentowany produkt będzie wspinaniem, jego nauką, etyką, techniką i zabawą, jaka z niego płynie. Nieuczciwe – jeśli zapomnimy kim jesteśmy i o co nam chodzi. Na razie nie widzę takiego zagrożenia.

Tymczasem zaś powstają kolejne ściany wspinaczkowe, w skałach coraz więcej dróg jest przyzwoicie obitych (niekiedy – nazbyt przyzwoicie), a przynajmniej niektórzy instruktorzy sportu znają się na wykonywanej pracy. To dużo i należy to uczciwie docenić – ja w miniony weekend doceniłem, tym razem na nowym Bloco.