Słowniczka filozoficznego część trzecia – i ostatnia.

Ostatnią, trzecią część słowniczka, zamieszczam po wydobyciu go z szuflady, gdzie leżał długo. Przepraszam, że nie pokusiłem się o podzielenie go na dwie – bardziej strawne – części, ale byłoby to ze szkodą dla resztek logiki, jakimi rządzi się układ całości. Ta ostatnia część dotyczy w znacznej mierze stanowisk etycznych, zarówno starożytnych, jak i współczesnych. Miłej lektury.

 

Egzystencjalizm.

Pesymistyczna filozofia twierdząca, że wspinanie jako takie nie ma sensu, zaś innego wspinania nie ma. Pomimo to, powiadają egzystencjaliści, wspinać się trzeba, skoro już się jest łojantem. Fakt, że nie bardzo wiadomo dlaczego, nie tylko nie zwalnia nas z tego obowiązku, ale wręcz go radykalizuje – wobec absurdu wspinania porzucenie go byłoby tak samo bezwartościowe, jak samo wspinanie; poza tym nie-wspinanie też jest jakimś odniesieniem do wspinania, więc w pewnym sensie dalej wspinaniem, przynajmniej o ile jest się wspinaczem (wobec nie-wspinacza w ogóle nie postawimy pytania, czy się jeszcze wspina). Tego zaś, że już się nim jest, zmienić nie sposób. Praktyczne skutki egzystencjalizmu (który nie tylko nie musi być deklarowany, ale nawet uświadamiany) są powszechnie znane pod innymi nazwami. Wspinacze, którzy nieustannie narzekają na brak formy, nic nie robiąc. Wyjazd wspinaczkowy, na którym w sumie dałoby się zliczyć dwa pełne dni w skale, chociaż trwa miesiąc; podczas którego nieustannie zmienia się miejsce pobytu w poszukiwaniu lepszego wspinania, bo to tutaj jest do d…y, chociaż to jeden z najsłynniejszych rejonów wspinaczkowych na kontynencie. Leczenie choroby egzystencjalnej chemicznym wspomaganiem treningu o tyle jałowym, że niemal nie ma czego wspierać… I tak dalej. Dodajmy, że egzystencjalista odrzuca ideę treningu usystematyzowanego, uważając go za tresurę, wypaczającą „otwarty na możliwości” charakter człowieka, właściwy zaś trening ma jego zdaniem oddawać aktualny „nastrój” wspinacza. Z reguły oznacza to wizytę w barze.

Historyzm.

Bardzo rozpowszechniony w pewnych kręgach. Twierdzi się tutaj, że istnieje nie tyle wspinanie i drogi wspinaczkowe, co raczej ich historia, zanurzenie w którą pozwala coraz lepiej „rozumieć” wspinanie, jak również patenty na poszczególnych liniach. Proces rozumienia nie ma końca, rozumienie może być zawsze pogłębione, w związku z czym nie ma też kresu wysiłek zbierania kolejnych danych i porównywania historycznych patentów z obecnymi. Wspinanie polega tutaj nie tyle na wspinaniu, co na nieprzerwanej dyskusji o nim.

Modernizm.

Zespół rozmaitych poglądów, postaw i szkół filozoficznych, które łączy fascynacja postępem, w szczególności przełożeniem postępu technicznego na wspinaczkowy. Najnowsze modele butów modernista nie tylko zna, ale też już testował. Odróżnia wszystkie, nawet najbardziej do siebie podobne, przyrządy asekuracyjne. Zna ich dane techniczne, ceny, datę wejścia na rynek itd. Stosuje suplementy. Powodzenie lub niepowodzenie na drodze tłumaczy tylko i wyłącznie w kategoriach techniczno-naukowych: dobre/złe buty, odpowiedni lub nie moment cyklu treningowego, taki czy inny poziom cukru we krwi przy kluczowym ruchu itd. Ma na komputerze tabelkę w Exelu, a w niej rozpisany trening na następne cztery lata (bardzo się tym różni od egzystencjalisty). Nie wierzy w pojęcie motywacji, chyba, że da się je sprowadzić do hormonów, najlepiej przyjmowanych dożylnie. Wierzy natomiast mocno w ideę postępu  – legendarnych książek nie czyta, historyczne hakówki i odhaczenia wyśmiewa, śledzi natomiast z wypiekami na twarzy doniesienia o kolejnym otwarciu skali trudności na nowy stopień. Posiada w związku z tym sumiennie prowadzony kapowniczek i hucznie świętuje progres z VI.5 do VI.5/5+.

Ponieważ modernizm, jak już napisałem, nie jest jednolitym systemem, nakreślony powyżej obraz „typowego” modernisty jest trudny (chociaż nie niemożliwy) do odnalezienia w rzeczywistości. Zazwyczaj występują połączenia kilku wymienionych cech istotnych, niemniej w stopniu wystarczającym dla zaklasyfikowania egzemplarza.

Irracjonalizm.

Wiara w istnienie i skuteczność pozaracjonalnych elementów we wspinaniu. Tendencja do odprawiania rytuałów:

„…Wreszcie się ruszył, rozejrzał wszędy,

I jął swe dziwne czynić obrzędy.

To skałę głaszcze, tuli ją czule,

Widać, że nie tak z nim jest w ogóle.

To znów się żegna, przed ścianą kaja,

Warto popatrzeć, to są przejaja.

Aż wreszcie kółko zakreślił na czole…”

Emil Rysiaczek,”Widziałem szaleńca wzrok obłąkany”, fragment.

Skłonność do przesądów (dosyć powszechna: „to był ten dzień”). Amulety, magiczne woreczki, szczęśliwe ekspresy, uprzęże, asekuranci. Może być twórczym elementem wspinania, może ograniczać (kwestia skali zjawiska).

Racjonalizm (w sensie anty-irracjonalizmu).

Niewiara w powyższe. Praktycznie cały modernizm jest, a przynajmniej powinien być, racjonalistyczny.

Mesjanizm.

Wiara w szczególną, mesjańską rolę danego wspinacza, grupy lub pokolenia, ewentualnie danego kraju. Właściwie mógłby być Polską Narodową Filozofią Wspinania. Z jednej strony bowiem wapień jurajski jest absolutnie unikatowy w skali świata, skąd łatwo dojść do przekonania, że jego eksploracja jest dziejowym zadaniem naszego Narodu. Z drugiej – skala fizycznych i psychicznych cierpień, z jakimi wiąże się wspinanie na Jurze, daje pożywkę tezom w rodzaju: „Polska Chrystusem Narodów”. W wersji  rozbudowanej i śmiałej głosiłby, że orka na ugorze, jaką uprawiamy od dziesięcioleci, jest metafizyczną ofiarą na rzecz wspinaczkowego postępu ludzkości. Istnieje możliwość formy zindywidualizowanej, kładącej ten ciężar na barki jednostki: „ja czuję za milijon, za milijon łoję”, nazywanej przez gmin „bogiem wspinaczkowym”.

Cynizm.

Słowo posiada dwa znaczenia. Z pierwszym oznacza immoralizm połączony z interesownością i sprowadza się do takich zjawisk, jak deklarowanie przejścia drogi, której się nie zrobiło, celem uzyskania fantów lub środków finansowych od sponsora. Taki cynizm nas nie interesuje.

W znaczeniu drugim jest cynizm szczególną i dosyć powszechną, zwłaszcza w młodszym wieku, postawą etyczną. Głosi ona konieczność uniezależnienia się od wszelkich wygód oraz środków materialnych, celem skupienia się na samym wspinaniu. W skrajniejszej wersji niezależność taka może być podyktowana czystą niechęcią do wygód jako takich. Zwyczajowo połączony z dezynwolturą lub nawet wrogością w stosunku do norm społecznych. Słynny cynik starożytny, Diogenes z Synopy, mieszkał w beczce i lżył osoby publiczne, cynik wspinaczkowy zaś śpi pod mostem, żywi się soczewicą z puszki i wyznaje zasadę „na przypale, albo wcale”. Do pewnego stopnia każdy, komu zdarza się jeździć na tripy wspinaczkowe, przejawia cechy cyników, chociażby podkradając papier toaletowy na stacjach benzynowych czy po prostu krzonując wbrew miejscowemu prawu. Niemniej cynika pierwszą gębą spotkać trudniej. Dobry jego opis dał Gaduła (Adam Karpierz), gdy wyjaśniał pojęcie „życia po kosztach”.

Stoicyzm.

Wysoce elitarna postawa etyczna, charakteryzująca się powściągnięciem emocji i głębokim racjonalizmem. Zasadniczym wyróżnikiem stoika jest to, że odpadając nie tylko nie krzyczy wniebogłosy, ale wręcz zachowuje się dokładnie tak, jak kiedy skończy drogę swojego życia, to znaczy tak, jak zawsze. Jak widać, stoików prawie nie ma. Ja znam jednego (Mendoza). Modelowy stoik powinien być ponadto wolny od uprzedzeń i przesądów, a jeśli takowe posiada, wykazywać gotowość wzniesienia się ponad nie. Jeśli zapomni szczęśliwego karabinka, nie będzie z tego powodu rezygnował ze wspinania, co więcej – w żaden sposób nie wpłynie to na jego dyspozycję danego dnia. Jeśli spotka się w skałach z przejawem nawet najwyższego chamstwa czy bezczelności, załatwi sprawę kulturalnie i spokojnie. Obce mu jest pojęcie zawiści, tak częste wśród wspinaczy, przy czym sukces kolegi nie motywuje go dodatkowo także dlatego, że stoik w ogóle nie notuje wahań motywacji. Stoik wspina się więc spokojnie, dobrze technicznie, bezpiecznie i elegancko. Istnienie wspinaczkowych stoików jest błogosławieństwem naszego środowiska, innym błogosławieństwem jest fakt, że nie wszyscy są stoikami.

Epikureizm.

Nierzadko mylony z hedonizmem. Jeden i drugi powiadają: „najważniejsza jest przyjemność płynąca ze wspinania”, przy czym różnie tę przyjemność pojmują. O ile hedonista nie odróżnia jednej przyjemności od drugiej, kierując się zasadą „im więcej, tym lepiej”, o tyle epikurejczyk wyznaje regułę harmonii i stopniowania przyjemności. Epikurejczyk na tripie nie musi mieszkać w hotelu, wystarczy mu namiot, ale wygodny i utrzymany w porządku. Smacznie i różnorodnie jada. Od czasu do czasu nie odmówi sobie piwka, a niekiedy solidniejszej imprezy. Z drugiej strony dba o to, ażeby wyjazd nie zamienił się w libację, gdyż poza kacem fizycznym dręczyć go będzie wówczas moralny wyrzut sumienia i świadomość zmarnowanych pieniędzy. Jeździ w rejony estetyczne, dobrze obite i niepozbawione infrastruktury (sklep), co nie oznacza, że panicznie boi się „nocy pod chmurką”, jeśli tylko pogoda na to pozwala. Wspina się dużo i chętnie, preferując jednakże drogi ładne i pozostające w jego zasięgu; nigdy nie pozwoli sobie na spędzenie całych wakacji na jednej linii. Nie znaczy to, że łatwo odpuszcza, niemniej potrafi uznać wyższość drogi i nie pozwolić jej zepsuć sobie wakacji. W cenie u epikurejczyka są: dobre towarzystwo, przyjemnie spędzony rest, poręczny środek lokomocji. Nie lubi tracić czasu bez sensu, co nie oznacza, że gardzi błogim lenistwem w dzień restowy jeśli czuje, że to właśnie jest mu najbardziej potrzebne. W sumie typ przyjemny i umiarkowany, ale pozbawiony zęba.

Hedonizm.

Podobnie jak epikurejczyk, hedonista również ceni sobie przyjemność, przy czym nie odróżnia przyjemności wyższych i niższych. Ktoś kiedyś powiedział: „Zawsze myślałem, że najlepszą rzeczą na świecie jest zdrowa najebka po wspinaniu. Teraz wiem, że wspinanie nie jest do tego potrzebne”. Dobrze to powiedzenie ilustruje poglądy i zachowania hedonisty, przez które nierzadko gubi on właściwy cel aktywności wspinaczkowej. Zaznaczyć jednak należy, że sam hedonista nie uznaje pojęcia „właściwego celu”, ponieważ wszystkie cele są dla niego równie właściwe, jeśli prowadzą do przyjemnych stanów mentalnych. Każdemu z nas zdarzyły się hedonistyczne okresy we wspinaniu, większość dobrze się wtedy bawiła i nie chce już do nich wracać.

Ascetyzm.

Wbrew pozorom nierzadkie. Mogłoby się wydawać, że stanowi jedną ze skrajnych postaci katolicyzmu, w rzeczywistości występuje niezależnie, a jeśli już na gruncie tego ostatniego, to niebezpiecznie blisko herezji. Wspinaczkowy ascetyzm sprowadza się z reguły do daleko idących ograniczeń w przyjmowaniu produktów spożywczych; zazwyczaj jest to wzmocnione stosowaniem preparatów o charakterze „oczyszczającym” (herbatki „Figura”, ogórki z kefirem, gruszki z kawą i in.). Wspinaczkowego ascetę łatwo rozpoznać po zapadniętych policzkach i zupełnym braku mocy, ewentualnie maskowanym przeciętną wytrzymałością.

Dekadentyzm.

Popularne i lubiane. Dużo piwa i innych alkoholi, okazjonalnie używki dodatkowe. Uczestnictwo w imprezach obowiązkowe. Zwyczajowo dekadent bardzo głęboko tkwi w środowisku, przynajmniej chwilowo niewiele się wspinając. Jeśli jest to paradoks, to zadziwiająco często spotykany. Dekadencja z reguły stanowi pewien okres w życiu każdego wspinacza, który ma swój urok, a potem się kończy (powrotem bądź zupełnym odwrotem od wpinania, w jednym i drugim wypadku słyszy się pytanie: „co się z tobą dzieje, nigdzie się nie pojawiasz?”). Zdarzają się jednakowoż dekadenci permanentni, zazwyczaj postaci barwne i ciekawe, o których powiadają: „szkoda, że tak mało się wspina”. W praktyce bliskie hedonizmowi, niemniej bardziej rozpaczliwe.

Warietyzm.

W etyce ogólnej postawa afirmująca zbieranie najrozmaitszych doświadczeń życiowych, z reguły przyjemnych – „wszystkiego trzeba spróbować”. Warietyzm wspinaczkowy jest innego rodzaju. Głosi on etyczną, a przynajmniej estetyczną potrzebę zakosztowania możliwie najróżniejszych form wspinania, od wspinaczki sportowej, przez dry-tooling, wspinanie wielkościanowe, wysokogórskie, po zimowe wyprawy na szczyty ośmiotysięczne. W wydaniach daleko posuniętych formie wspinaczkowej nie sprzyja, przynajmniej jeśli chodzi o wspinanie sportowe resp. skałkowe. Umiarkowany daje niezłe efekty dla duszy i ciała.

Relatywizm etyczny.

Pogląd, wedle którego wyznaczniki stylu, kwestia dopuszczalności kucia i ograniczników itd. wyznaczone są przez lokalne i zmienne w czasie zwyczaje środowiska, nie posiadając charakteru ogólnego. Na pytanie, czy dane zachowanie jest lub nie jest  etyczne/stylowe odpowiada się zatem przez odwołanie do praktyki danej społeczności wspinaczkowej, zachowanie jej autorytetów, a nawet chwilowej sytuacji konkretnego wspinacza. Na przykład: pierwsza bezpieczna może być dla relatywisty dopuszczalna, jeśli dany wspinacz nie znajduje trudności na dojściu do niej, a zakazana, gdy jest przeciwnie. Możliwa jest jednak sytuacja odwrotna: wpięcie pierwszej wpinki przed prowadzeniem uznaje relatywista za zasadne, gdy istnieje realne ryzyko niebezpiecznego odpadnięcia, w przeciwnym wypadku pozostaje zakazane. Przykład ten pokazuje wyraźnie, że pojęcie „relatywizmu” nie odnosi się do konkretnego zestawu poglądów, lecz oznacza pewien sposób myślenia o zagadnieniach etycznych w ogóle. Sprzeciwia mu się

uniwersalizm/obiektywizm,

który głosi istnienie pewnych niezmiennych norm, obowiązujących powszechnie i bezwzględnie. Odnalezienie i sformułowanie, a następnie podanie praktycznych metod stosowania tychże podaje uniwersalista za cel etyki wspinaczkowej, jeśli taka – w formie usystematyzowanej – miałaby kiedykolwiek powstać. Sam uniwersalizm norm owych nie formułuje, postulując jedynie ich istnienie. Argumentuje się na przykład w ten sposób: gdyby normy takie nie istniały, wtedy samo pojęcie drogi wspinaczkowej zmieniałoby się historycznie, co przecież jest nieprawdą wobec upartego figurowania w przewodnikach rozmaitych Łapińskich i Paszuchów. Inny argument: normy takie musimy przyjmować, gdyż w przeciwnym wypadku wspinanie rozmieni nam się na drobne – potencjalnie każdy wspinacz będzie mógł posiadać własne pojęcie drogi, a także prywatną definicję stylu. Stan taki – ideał postmodernistów – jest dla uniwersalisty/obiektywisty nie do przyjęcia. Od siebie dodaję, że w praktyce i w większości istotnie jesteśmy umiarkowanymi obiektywistami, co skądinąd w żaden sposób nie przemawia za prawdziwością doktryny (niegdyś powszechnie wierzono, że Ziemia jest płaska).