Kraina rowerów – ME w boulderingu.pl

Polacy na Mistrzostwach Europy w boulderingu stawili się w składzie trzyosobowym: Jakub Główka (zwany dalej Kubą), Jakub Jodłowski (Jodłoś) i Andrzej Mecherzyński-Wiktor (ja, mechanior). Cel był wyznaczony jasno, zaś jego dostępność wielokrotnie potwierdzona, ostatnio – tydzień temu na zawodach Pucharu Świata w Monachium. Celem był awans do dwudziestoosobowego półfinału, rzecz zdarzająca się nam rzadko, więc zupełnie dobry powód do ewentualnego zadowolenia. Z drugiej strony, o ile konto międzynarodowych startów Jodłosia nie jest bogate i każdy start należy mu liczyć jako zdobywanie doświadczenia, o tyle dla Kuby i dla mnie każde miejsce pod kreską oznaczało porażkę przedsięwziętego zamiaru.

Trudno powiedzieć, czy baldy eliminacyjne były, czy nie były „pod nas”. Na pewno były ciekawe, na pewno też, z wyjątkiem czwartego, połogu, nieprzesadnie trudne. Miało się zresztą okazać, że właśnie cztery topy są konieczne do awansu. Zwyczajowo przybliżę teraz baldy po kolei, tak jak na nich startowaliśmy (najpierw ja, potem Kuba i na końcu Jodłoś; dziesiąty, siedemnasty i dwudziesty drugi na liście):

1: Dosyć czujne giełganie się pomiędzy podłużną strukturą, a zacięciem, raz ręką tu, raz nogą tam. Potem jeszcze przewinięcie się na drugą stronę struktury do topowej paczki. Idę jak stalker przez Strefę w „Pikniku na skraju drogi”, badając teren przed każdym ruchem, tak ostrożnie, że aż niepewnie. Na szczęście – bezbłędnie, więc cieszę się z dobrego początku. Kuba traci na tym problemie więcej czasu, topuje w ostatnich sekundach i za piątym dopiero razem. Jodłoś od początku jakiś niepewny, szuka dobrego patetentu na dziesięć sposobów, wreszcie znajduje go, ale nie może zmieścić się w zacięciu, więc jeszcze tylko w ostatniej próbie gimnastycznie odwraca się i sięga do bonusa – nie tą, co trzeba, ręką, ale też o nic mu już innego, poza bonusem, nie chodzi.

2: KS Korona Kraków. Prawa – lewa – prawa – lewa, po chwytach, które każdy Polak uzna za klamy. Trochę zapinania, szczególnie na ostatnim chwycie przed topem, potrzebnego zdecydowanie przy ostatnim ruchu. Kuba robi go trochę zbyt asekuracyjnie, w drugiej próbie spada głupio na starcie i kończy dopiero w trzeciej (te dwie próby kosztowały go półfinał!). Jodłoś gubi się tylko raz i szybko ma sprawę załatwioną.

3: Lekkie schody. Trzeba było i trzymać się i stać na nogach i myśleć w dodatku. Flashuję, podobnie, chociaż znacznie pewniej, Kuba, natomiast Jodłoś, który – wydawałoby się – powinieinn być w gazie po dwójce, zupełnie bez rezonu. Najpierw miesza patenty na start, potem nie trzyma ciała przy ścianie, wreszcie schodzi pokonany.

4: Połóg. Fizol z Krakowa nie wie, gdzie jest. Kuba „bonusuje” już w drugim podejściu i w ogóle nieźle wygląda, cóż, kiedy to najtrudniejszy bald eliminacji, a pewnie i jeden z trudniejszych na całych zawodach (chociaż w Fontach miałby pewnie 6b). Jodłoś walczy jak lew o bonusa i wreszcie przytrzymuje go za piątym razem, podczas innych prób też nie wygląda kiepsko, ale problemat to zaiste straszliwy….

5: Hop, asymetryczna bania dwoma rękami, misie to lubiom!!! Flashujemy z Kubą, Kuba kończy start i oglądamy Jodłosia. Ten w pierwszej próbie jeszcze nie zapala, ale w drugiej już przytrzymuje jak należy i jesteśmy pewni, że top jest jego. Tymczasem dzieje się rzecz arcydziwna: Jodłoś wychodzi za okapik zdecydowanie nie tą ręką, którą należy, ciało traci w związku z tym równowagę, a potem nie odzyskuje jej już do samego końca startu, niestety.

Podsumujmy po kolei. Jodłoś, zbywając w tym roku doświadczenie w międzynarodowych startach, pokazał kilka razy potencjał. Często natomiast brakuje mu koncepcji – rzecz kluczowa na zawodach międzynarodowych, na których przystawki nie są specjalnie trudne, lecz wymagają bezbłędnego wspinania. Ponadto, jak sam przyznaje, nie potrafi do końca zmobilizować się do startu. Słowem – wie, nad czym pracować przed kolejnym sezonem. Inna rzecz, że ostatnimi czasy (patrz zawody krajowe) nie jest w szczytowej formie. Kubie, zarówno w Monachium, jak i w Eindhoven, do awansu do półfinału zabrakło pojedynczych prób; spójrzmy prawdzie w oczy – potraconych na głupich błędach, grzech wszystkich polskich zawodników. Niewątpliwie jednak można powiedzieć w jego wypadku o sporej dawce pecha, w sobotę był wszak pierwszy pod kreską, a wyprzedzający do Ukrainiec Topischko miał gorsze bonusy. Szczerze podejrzewam, że za rok zobaczymy Kubę półfinałach (skądinąd niewykluczone, że w towarzystwie Jodłosia). Jeśli o mnie chodzi – tym razem udało mi się oddać prawie bezbłędny start w pierwszej rundzie. Uderzę się w piersi najzupełniej szczerze – rzadko mi się to zdarza, a historia moich tegorocznych występów zagranicznych to niemal nieprzerwana opowieść pod tytułem „zabrakło mi dwóch prób do topu”. Zrzucam to zawsze na ślepy los, prawda jest bardziej brutalna, zawody na tym właśnie polegają. Cieszy, że czasem udaje się wygrać z własnymi słabościami.

Radość nie trwała jednak tak długo, jak się spodziewałem. Półfinał rozpoczął się dla mnie najgorzej – zahaczona tuż przy dłoni pięta wyjechała, pociągając za sobą rękę i trąc niemiłosiernie kciukiem o fakturę struktury. Zdarło mi spory kawał skóry z kciuka i to dosyć głęboko. Zawołałem o „tejpa”, czekałem na tejpa, organizatorzy szukali tejpa, a czas i krew leciały (od dzisiaj będę zawsze miał tejpa przy sobie, ciekawe, że przez siedemnaście lat nigdy nie był mi potrzebny…). Kiedy tejp nadszedł spojrzałem na zegar i zażyczyłem sobie stanowczo bezlitosnego przyklejenia wiszącej skóry do palca, bo i cóż mogłem zrobić innego (odklejanie tego paskudztwa po półfinale to dopiero była heca!). Ale półfinał de facto się dla mnie zakończył (nota bene, gdyby nie udało się zatrzymać krwotoku zostałbym odsunięty od startu, bo nie wolno na zawodach znaczyć chwytów rot punktem). Walczyłem jeszcze, jak mogłem, ale były to okrzyki dorzynanego łosia. Na pocieszenie został mi fakt, że dwudzieste miejsce i ten sam wynik (nic!) podzielił ze mną zwycięzca z Insbrucka, Jan Hojer. Coraz bardziej lubię tego faceta – i nadal wiszę mu piwo za Insbruck. No, ale to już w przyszłym sezonie.

Kończąc, pragnąłbym przy tej okazji bardzo serdecznie podziękować Komisji Wspinaczki Sportowej PZA, mojemu Klubowi CW RENI-Sport oraz portalowi wspinanie.pl za wsparcie, nie tylko (chociaż również!) materialne, na jakie mogłem liczyć podczas moich tegorocznych startów w zawodach międzynarodowych, a bez którego nie byłbym w stanie zrealizować w całości, a pewnie nawet w zadowalającej części, moich planów.