POCZTÓWKI Z WARSZAWY – TRAMWAJE.

Tramwaje

Z tramwajami to jest inaczej. Kraków – wiadomo – opiera się na tramwajach, patatajem (to moje słowo, nie krakowskie) można dojechać wszędzie i najwygodniej. Tramwaje są niebieskie i urocze, a ponadto nowoczesne tudzież doskonale zmodernizowane. Podróż nie trwa zbyt długo, o ile nie jedziemy do Huty; miejsca zazwyczaj dosyć, więc można usiąść, przejrzeć gazetę, a po kwadransie siedzieć już na piwku w centrum.

Patataje stołeczne odstają. Warsztatowo wszystko jest OK, posuwają szybko i sprawnie, na większości przystanków znajdziemy tablice informujące o tym, co i kiedy nadjedzie, wyświetlane informacje pokrywają się z drukowanym rozkładem jazdy, ten zaś ze stanem faktycznym. Trudno zresztą żeby było inaczej w mieście, w którym pięć minut spóźnienia na starcie kumuluje się do trzech kwadransów obsuwy na koniec podróży. Warszawa w ogóle jest sprawna, sprawniejsza od Krakowa i w tej konkurencji notuje przewagę. Dla Krakusa jednakowoż tramwaj to coś więcej niż sprawny środek transportu. Potrzeba jeszcze szczypty subtelnego komfortu.

I tutaj schody. Pierwszy raz szlag trafia, kiedy orientujemy się, że w tramwajach nie ma automatów biletowych, zaś motorniczy nie są ani odrobinę sympatyczniejsi niż na południu Polski (chociaż czasem potrafią wydać resztę, co w Kraku jest zakazane). Niby nic prostszego jak skoczyć do kiosku, zazwyczaj przecież są koło przystanków, ale hola, hola!, niemądry krakusie. Kiosk znajduje się przecież po przeciwnej stronie skrzyżowania, dokładnie po przekątnej, to zaś oznacza konieczność pokonania czterokrotnie sygnalizacji świetlnej na dwupasmówce, a tramwaj ucieka, jeden, drugi, trzeci… Że na przełaj? A gdzie, jeśli można spytać? Na Jerozolimskich? Solidarności skrzyżowanie z Jana Pawła? No, to powodzenia.

Więc automatu brak, ale przecież czasem jest, mianowicie w najnowszym krzyku warszawskiej mody tramwajowej, PESA’ch. Więc co, czekamy na PESĘ? A jużci, że czekamy, przecież to tylko pięć minut (a pięć minut kumuluje się…). I teraz niespodzianka, cha, cha, cha, w PESA’ch automaty są, owszem, tyle że nie wszystkich. A w których, tego to już najstarsi górale nie wiedzą. Pomimo tego istnieje w Stolicy patent pod tytułem: nie mamy biletu, więc wsiadamy do pierwszej PESY z automatem, przepuszczamy kilka osób w ogonku tak, żeby nasza kolej wypadła tuz przed kolejnym przystankiem i z tak zakupionym biletem czekamy na nasz tramwaj docelowy. Patent dobry, od chłopaka z Grochowa, ale trochę męczący. A przecież podróż patatajem to ma być przyjemność…

…Ma być, ale nie będzie, albowiem nie ma miejsc siedzących. Nie, nie dlatego, że mamy godziny szczytu. Prawie nigdy nie ma miejsc siedzących, a jeśli są, to pojedyncze, co skazuje naszą wyśnioną lekturę na nieustanne przerwy celem ogarnięcia, czy przypadkiem nie wypada zachować się po dżentelmeńsku. Nie wiem dlaczego, ale podczas gdy w Krakowie MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji) dwoi się i troi, żeby namnożyć siedzeń w pojazdach, ZTM (Zintegrowany Transport Miejski) działa w kierunku przeciwnym. Starożytne, szlachetne rozwiązanie z podwójnym rzędem krzeseł, które wróciło w Kraku do łask po zapaści okresu transformacji, jest tu nieznane albo znienawidzone. Można by oczekiwać, że nowoczesne PESY zmienią ten stan rzeczy (krakowskie Bombardiery wykorzystują każdy fragment na dodatkowe krzesełko), tymczasem zaprojektowano je tak, aby miejsc siedzących było jak najmniej, za to rozłożonych możliwie najgłupiej i w sposób wielce niewygodny. Cierpi na tym moje ulubione lokum, (na samym przedzie przy oknie, po lewej), tutaj posadzone na kole w sposób tak przemyślany, aby podłoga pod stopami nie była pozioma, lecz opadała ukosem ku przodowi, co odbiera wszystek wymiar relaksu podróży i prowokuje złe, niepotrzebne w naszym kraju emocje.

Pomińmy milczeniem czerwono-żółtą kolorystykę, przyrównaną niedawno do jajecznicy z pomidorami. Dla równowagi dodajmy, że są i smaczki, na przykład cudowne, starego typu plastykowe siedzenia z rowkiem na kręgosłup, spotykane jeszcze w starszych wagonikach, o ileż milsze od małopolskich, profilowanych, nowoczesnych, głupich. Zauważmy nie bez zmartwienia, że estetyka starszych warszawskich wagonów wiele pozostawia do życzenia i na tle Krakowa pośmierduje PRL-em, a nie jest to wspomnienie Polakowi sympatyczne (nie doświadczysz tu norymberskich wagonów, krakusie). Załączmy ostrzeżenie: tramwaj w stolicy staje na przystanku (na nasze standardy niemożebnie długim) wedle jednej, jedynej reguły: nie przy wiacie, nie pośrodku, nie wedle humoru lecz zawsze, nieodmiennie na samym końcu, robiąc miejsce tramwajom jadącym za nim. Niby drobnostka, ale wystarczy się zapomnieć i patataj znika (oni tu nie znają się na żartach), zaś my tracimy pięć minut (a pięć minut, drodzy przyjaciele, kumuluje się). Nareszcie podsumujmy:

Otóż bardzo doceniam tutejsze tramwaje za szybkość i punktualność, za gęstą siatkę połączeń i częste kursy. Stanowią znakomite narzędzie, godne szczerego polecenia. Jedyny problem jest taki, że jazda nimi nie sprawia żadnej, ale to żadnej przyjemności (zaś w Krakowie jeździć tramwajem uwielbiam). A ponieważ w tramwaju spędzam średnio pewnie godzinę-dwie dziennie, są to, niestety, dwie godziny znacznie gorzej przeżyte.

SŁOIK – POCZTÓWKI Z WARSZAWY

Żydowski historyk Shlomo Sand jest autorem książki „The Invention of Jewish Nation”. Książki nie czytałem, jedynie słyszałem nieco na jej temat. Podobno wywodzi się w niej, że współczesny naród żydowski nie ma nic wspólnego z niegdysiejszymi Żydami z Palestyny czasów starożytnych i etnicznie składa się z potomków ludzi, którzy przeszli na judaizm w czasach późniejszych. Potomkami „oryginalnych Żydów”, zislamizowanych przez Arabów, mają być natomiast dzisiejsi Palestyńczycy. Autor zdaje się być człowiekiem odważnym ale nieroztropnym – Żydom naraził się tezą, że ich nie ma, Palestyńczykom twierdzeniem, jakoby byli Żydami.

Shlomo Sand przyszedł mi do głowy, kiedy zasiadałem do pisania na temat „mojego” nowego miasta. Jestem bowiem Krakusem. Nie z dziada pradziada (tylko jeden z moich pradziadów mieszkał w Krakowie, a i on nie od urodzenia, jakkolwiek rodem z Limanowej), ale za to siłą głębokiego przekonania i trwałości nawyków. Ostatnimi czasy przeniosłem się do Warszawy…

Na razie, odpukać, jest łagodnie. Stolica roztoczyła nade mną parasol ochronny. Liczne spóźnienia tłumaczę odmienną architekturą przestrzeni (odległość od przystanków tramwajowych) tudzież zwykłym zagubieniem (okrutne łgarstwo). Bardzo grzecznie udają, że dają mi wiarę. Karczemną indolencję, wynikłą z drastycznych różnic pomiędzy knajpianym życiem starej i nowej stolicy, łagodzi Ziółek (Kuba Ziółkowski, wódz Bloco) licznymi zaproszeniami na piwo. Tede (Tadeusz Słogocki, wódz Cruxa) i Jodłoś (Kuba Jodłowski) szkolą przybysza w geografii miasta za pomocą wymyślnych zagadek („Jesteś na Pradze Północ, za pół godziny masz pracę na Warszawiance, jak dojechać, żeby spóźnić się mniej niż trzy kwadranse?”) . Krakusi też, póki co, nie chcą wieszać targowiczanina, aczkolwiek dostrzegłem problem z goleniem – kiedy przyjeżdżam do Krakowia ogolony, mawia się, że dobrze wyglądam, widać powodzi się w „stolycy”; zarośnięty – dowiedziałem się, że noszę hipsterską bródkę. Chyba pokombinuję z wąsami.

Zmiana miejsca to rzecz ciekawa, choćby dlatego, że nie pozwala uciec od porównań. Więc i ja porównuję, trochę wspinaczkowo, a trochę ogólnie, „tak jak się słowa nawiną”. W cyklu „Pocztówek…” spostrzeżenia na bieżąco, poniżej dwie na start.

Hipsterzy

Skala zjawiska jest w stolicy powalająca. Garnizonem hipsterów jest przedwojenny, ale odbudowany w socrealu, Plac Zbawiciela. Stamtąd wyruszają oni na swoje wypady w inne części miasta, przedsiębrane taksówkami, ponieważ w Warszawie nie zna się zwyczaju „chodzenia po knajpach”. Z moich pobieżnych informacji wynika, że hipsterzy, spędzając czas w lokalu, nie rozmawiają o niczym, jakkolwiek nieustannie wydają dźwięki, zaczem cały Plac Zbawiciela wypełniają charakterystyczne „odgłosy stada”. Wśród warszawskich wspinaczy hipsterki nie wyczułem, zapewne tężyzna fizyczna jest nie do pogodzenia z tą nową, fascynującą stylistyką miejską. Nie-hipsterzy nie znoszą hipsterów. Podobno hipsterzy noszą okulary 0 dioptrii, nie wiem po co.Są pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy podczas logowania w Stolicy. Krakowscy „hipsterzy” z Charlotty i Bomby nie mają tu czego szukać, dzielą ich od Placu Zbawiciela lata świetlne.

Tężyzna fizyczna

Tutaj warszawa zaskoczyła mnie dwukrotnie. Po pierwsze, znałem dotychczas szkołę wspinaczkową gdańską (silne palce i suplementacja), krakowską (obwody po 200 ruchów bez dokładania, nie wolno restować), zakopiańską (dwugodzinne treningi w dachu z obciążeniem „pięć kilo magnezji”). Nie znałem dobrze warszawskiej. Owszem, słyszałem kiedyś, że istnieje coś takiego jak trening z ciężarami, sam nawet raz czy dwa razy próbowałem, widziałem ludzi robiących to regularnie, nie zdawałem sobie natomiast sprawy z istnienia osobnej filozofii wspinania zbudowanej wokół drążka. W ogóle kwestie ogólnego przygotowania fizycznego są tutaj brane bardzo na serio. Rozmaite systemy treningowe, ćwiczenia wspomagające, plany i pod-plany zajmują znaczną cześć głowy warszawskiego łojanta. Odnoszę wrażenie, że niekiedy pozostawiając zbyt mało miejsca na myślenie o wspinaniu oraz podczas niego.

Drugą nowością w moim światoobrazie jest „crossfit”. Najprościej mówiąc, jest to system ćwiczeń ogólnorozwojowych z mocnym komponentem siłowym, o dużej intensywności. Ostatni krzyk mody w Warszawie. Ponieważ jedna ze stołecznych ścian wspinaczkowych posiada również salę do crossfitu, przeto mogłem na własne oczy zobaczyć na czym zabawa polega. Dla instruktora wspinaczki, żyjącego z prowadzenia sekcji wspinaczkowych, jest do doświadczenie nie lada. O ile bowiem w naszym światku panuje niepisana reguła, wedle której podczas zajęć relacje instruktor-podopieczny budowane są na modelu kumpelskim, nieledwie ludycznym, o tyle crossfitowcy zdają się wyznawać zasadę „nie ma żartów”. Panuje „delikatny zamordyzm”, okraszony licznymi mobilizującymi okrzykami o proweniencji wojskowej. Osoby subtelne mogą się w pierwszym momencie wystraszyć; tak też uczyniłem. Od tego czasu zbliżam się do „strefy crossfit” z niejakim nabożeństwem. Raz próbowałem używać ich drążka (drążki na crossficie stanowią integralny element skomplikowanego systemu rusztowań), kiedy nagle rozległ się gwizd i wszyscy obecni ruszyli w moim kierunku. Uciekłem w ostatniej chwili. Podobno osoby uprawiające corssfit mogą ulegać swego rodzaju zauroczeniu tą dyscypliną, przybierającemu postaci nieledwie religijne. Byłoby to osobliwym dla działalności wyczerpującej się w ćwiczeniach na salce treningowej, ale nie jest to żaden argument – być może nawet zwiększa prawdopodobieństwo zajścia podobnych zjawisk.