Pocztówki z Warszawy – język.

Język

Że język warszawski różni się od krakowskiego – to wiadomo. Sam co prawda nie mawiam „na pole” tylko „na dwór”, bo tak mnie nauczono w nie do końca krakowskim domu na Bronowicach (chociaż spotykanej w Stolicy formy „na dworzu” nie znałem), lecz w tutejszych balderowniach równie szybko demaskuje mnie klasyczne „wstaw-że te nogeee!”. Nie o sztampowe i zgrane przypadki się wszakże rozchodzi.

W mowie warszawskiej jest bowiem odmienność inna i subtelniejsza, mianowicie odmienność narracji. Sposób posługiwania się językiem jest organicznie sprzężony z postrzeganiem świata, z drugiej strony język, jako jedno z podstawowych ludzkich narzędzi, determinuje w znacznym stopniu jak się tym światem posługujemy i jak jest przez nas kształtowany. Słowem – pochylenie się nad językiem mówi wiele o samej rzeczywistości, w której język ten jest używany, zaś narracja w danym języku powstała to w wielkiej części także narracja świata, który język ten opisuje i w którym działa.

Narracja warszawska jest więc konkretna, w przeciwieństwie do krakowskiej – dygresyjnej i niejednoznacznej. Stołeczna zmierza prosto do celu, rzecz przedstawia jasno i klarownie, dla wrażliwości krakusa niekiedy nawet grubiańsko. W rozmowie z warszawiakiem czujemy, że wszystkie główne punkta zagadnienia postawiono po to, aby je zaraz potem rozwiązać i brać się do pracy. Bardzo to pomaga w przeprowadzaniu wszelakich przedsięwzięć i przekonuje, że dobrze zrobiliśmy, zmieniając miejsce zamieszkania. Wraz z otwarciem pierwszego słoika opuszcza nas bowiem nagle i niespodziewanie tak dobrze u nas znane poczucie powszechnej i zupełnej niemożności uczynienia czegokolwiek, skutkujące jedyną zdecydowaną decyzją, na jaką stać krakusa – decyzją pójścia na piwo.

Mowa i myśl krakowska tak umiejętnie i sprytnie mącą bowiem wodę, że szybko zaczynamy zżymać się wobec utraty przez nią przedmiotu dyskusji – i w tym szczególe diabeł jest pogrzebany. Żałując bowiem nigdy nieosiągniętego celu łatwo przeoczamy, że celu żadnego i od samego początku nie było, zaś cała gadanina wyłącznie ukryciu tego faktu miała służyć.

Radość nie trwa jednak długo. Po chwili krótszej lub dłuższej ekscytacji, kiedy to po kolejnej rzeczowej rozmowie podejmujemy kolejne rzeczowe działania, pojawia się nostalgia za niepowtarzalną melodią krakowskich rozmów o niczym. I nigdzie jeszcze nie spotkałem w Warszawie knajpy, w której siedziałoby się noc za nocą na „rozmawianiu” o Chopinie, dbając o to jedynie, by zbyt długo nie pozostawać przy jednym temacie i broń Boże nie dojść do wspólnych wniosków; skasowałoby to bowiem ciekawy temat raz na zawsze, podczas gdy tyle jeszcze kieliszków można nad nim wypić.

Okazjonalna wycieczka do Krakowa jest więc zarazem wycieczką ku dobrze sobie znanym bezdrożom języka, a polszczyzna niepowtarzalna jest w swej zdolności unoszenia się ponad poziomem zjawisk i kręceniu młynków samymi słowami. Niedługo jednak trwa idylla. Irytacja pojawia się szybko, kiedy tylko pada odwieczne krakowskie hasło „zmiana knajpy” i kiedy okazuje się, że ktoś musi jeszcze dopić swoje piwo, w związku z czym my też siadamy grzecznie z powrotem na barowym krzesełku i zamawiamy „tymczasem” kolejne. No, a kiedy po chwili ekipa gotowa jest wreszcie ruszyć siedzenia w poszukiwaniu nowego lokum, to już trzeba na nas czekać – niby niedługo, bo zostało mniej jak pół szklanki, ale przecież nikt nie będzie siedział, a tym bardziej stał nad nami, o suchym pysku. Tak zaczyna się błędne koło, z którego nie ma ucieczki i które kładzie większość znakomicie rozpoczynających się krakowskich wieczorów.

Pierwsza ta irytacja jest zarazem ostatnią, bowiem nad ranem z Głównego odjeżdża „teelka” na Centralny. W uszach brzmią jeszcze przeciągane końcówki, tymczasem mózg szybko przestawia się na tryb konstruktywny – za trzy godziny przyjdzie nam rozmawiać z warszawiakami, a z nimi wiadomo – wody nie polejesz, ale przynajmniej kroczek do przodu uczynisz. Smutno tylko czasem, że z tego marszu przez słowa nijak i nigdy nie urodzi się tak miły naszemu krakowskiemu serduchu językowy i życiowy taniec, który co prawda do nikąd nie prowadzi, ale pozwala przynajmniej wierzyć, że nie ma potrzeby nigdzie się ruszać.

Pocztówki z Warszawy – czterdziestolatek dziesięć lat wcześniej.

Przyjaciel mój i młodszy Kolega, w tekście o wrażeniach z odbytego w weekend Trafo Boulder Szpil (http://wspinanie.pl/2014/01/o-swoich-wrazeniach-z-trafo-boulder-szpil-2014-pisze-piotrek-bunsch/), pisze tak:

„Można pomyśleć nad stworzeniem kategorii 30+, no może 35+. Chodzi mi tu o zmotywowanie nieco starszego pokolenia do bezpośredniej rywalizacji. Ci z 30+, którzy ciągle czują się na siłach, zawsze mogliby startować z młodszymi. Tylko wypadałoby zmienić nazwę. „OldBoy” mogłoby być dla wielu odstraszające!”

Urodziłem się w roku 1984. Tym razem pocztówka jest więc, nietypowo, adresowana:

Piotr „Krzysztof” Bunsch, K.S. Korona Kraków, ul. Kalwaryjska 9-15 Kraków

 

Wielce Czcigodny i Szanowny Młodzieńcze!

Wkraczając we wrześniu tego roku w zawodniczą smugę cienia, z zazdrością spoglądam ku rozwijającej się młodzieży. Pamiętam czasy, w których sam startowałem w głównej kategorii wiekowej. Teraz, kiedy trzydziesty rok życia mojego dobiega już swojej połowy, cieszę się myślą, że nie trzeba jeszcze wieszać „butów na kołku”, że i dla mnie będzie wciąż miejsce na zawodach wspinaczkowych, którym tyle przecież zdrowia oddałem przez osiemnaście lat życia.

Młodzieży!

Wasza systematyczna praca jest dla nas – przedstawicieli odchodzącego pokolenia – źródłem radości i satysfakcji. Nie bez żalu pozostawiamy za sobą te lata, z których pełni Wy dzisiaj korzystacie, ale przecież i nie bez dumy. „Non omnis moriar„, powiada poeta, a monumentum, jaki wznieśliśmy sobie w osobach następców, trwalszy jest nad spiż. I nie tylko o wartości materialne, fizyczne tu chodzi. Piękny Twój gest, który znajduje nam nowe miejsce na „wspinaczkowej mapie Polski”, najlepiej świadczy o tym, że od zawsze panujące w środowisku ideały koleżeństwa i szacunku należnego wszystkim, nie tylko najsilniejszym, przetrwały i w najmłodszym pokoleniu owocują nowymi ideami.

Najmilsi!

Ręka w tym wieku szybko zaczyna trząść się nad kartką. Jednakże zanim skończę, niech zdążę jeszcze, pozwólcie, zapytać: czy istnieje możliwość, aby na takich zawodach, już po finałach i po wręczeniu nagród dla najlepszych, a nawet – niech tam – już po pierwszej czy drugiej głębszej manifestacji radości, przeprowadzić małą „dogrywkę”? Taki „dodatkowy półfinał”, czy sam nie wiem jak to nazwać, pomiędzy zwycięzcą zawodów, a tryumfatorem kategorii 30+? Wybaczcie, młodzieży, że próbuję wtrącić własne trzy grosze do nie mojego przecież pomysłu, ale myślę, że tego rodzaju „ekstra” (tak się chyba teraz mówi) runda mogłaby dostarczyć wiele radości widzom i reszcie zawodników.

Raz jeszcze, w imieniu całego mojego pokolenia, dziękuję za pamięć i wyrozumiałość.

 

Andrzej Mecherzyński-Wiktor „mechanior”, wspinacz trzydziestoletni.