Pocztówki z Warszawy – knajpy.

KNAJPY

Poniższe spostrzeżenia mają formę możliwie wyostrzoną, dla lepszego zarysowania zasadniczej różnicy pomiędzy miastami. W związku z tym sugeruje się Czytelnikowi, by nie tyle wypatrywał nieścisłości czy rażących nawet uogólnień, ile postarał się odczuć główną myśl pocztówki.

Knajpa krakowska

Wchodzę do środka. Jeszcze na początku wieku oznaczało to konieczność pokornego pochylenia głowy na ostatnim schodku, albowiem średniowieczne piwnice  budowano dla ludzi niższych od nas, teraz w modzie są knajpy naziemne; wieszczę renesans piwnicznych upodobań, tradycja rzeczą u nas silną.

Pierwsze i najważniejsze spojrzenie kieruję na bar. Bar to miejsce w knajpie krakowskiej główne i bynajmniej nie dlatego, że sprzedaje się tam alkohol. Przy barze siedzą mianowicie ćm y  b a r o w e, czyli ludzie, którzy są tego miejsca ciałem, duszą, sercem i wątrobą. Ćmy znają się z barmanem po imieniu, niekiedy jeszcze z poprzedniej knajpy, w której pracował i z której przywędrowały tu za nim. W co poniektórych miejscach (tych godniejszych polecenia koneserom) za barem znajduje się zeszyt, dzięki któremu ćmy nie muszą biegać do bankomatu, okresowo zaś w ogóle posiadać jakichkolwiek środków utrzymania. Zajęciem ciem barowych jest „rozmawianie” o Chopinie oraz ćwiczenie się w sztuce celnej riposty. Kto bardziej w niej biegły ten będzie w knajpie zawsze oczekiwany, niezależnie od tego, czy jest z zawodu studentem, żulem, informatykiem, stręczycielem czy poetą, chociaż przyznanie się do tego ostatniego zajęcia nie jest w dobrym guście; zbyt wyraźnie daje bowiem do zrozumienia, że kandydat do towarzystwa nie tyle jest doświadczonym knajpiarzem, co hołduje źle zrozumianym legendom na ten temat.

W cenie jest bowiem rutyna i kto pochwalić się może wieloletnim stażem, ten zyskuje mir i szacunek oraz daje dowody wytrwałości organów wewnętrznych, a także determinacji w dążeniu do celu. Celem zaś jest stracenie w knajpie tak wiele życia, ile to możliwe. Bynajmniej zaś, wbrew oczywistym pozorom, nie jest nim picie. Picie owszem, jest w knajpie niemalże konieczne, ale zarazem zupełnie poboczne. Nie przychodzi się bowiem do knajpy w Krakowie by pić, ale pije się dlatego, że już się do niej przyszło. Przychodzi się zaś, owszem, z nałogu zazwyczaj, nie jest to jednak uzależnienie od trunku, lecz od miejsca; i sam znam człowieka, który przynajmniej kilka wieczorów w tygodniu spędza w jednym z krakowskich wyszynków przy… czarnej kawie rozpuszczalnej, a nie jest to, jako żywo, gospoda dla abstynentów.

Knajpa stołeczna

Nie tak warszawiacy, nie tak! Knajpa w stolicy to przede wszystkim l o k a l, czyli firma zajmująca się serwowaniem trunków rozmaitej maści, nierzadko też przekąsek czy nawet całych dań. Bar służy tutaj za ladę, siąść zaś przy nim nie sposób już choćby dlatego, że miejsce krzeseł barowych zajmuje kolejka po piwo. Piw zaś dostatek, bo lokal posiada charakter gastronomiczny, więc poziom oferty decyduje o skłonności klienta do wyciągania portfela. Piwa najrozmaitsze, nierzadko w dziesiątki etykiet idące, rzecz zasługuje na pochwałę gościa z prowincji; różnorodnością menu knajpa tutejsza bije krakowską niemal tak wyraźnie, jak hipsterzy z Placu Zbawiciela tych z Placu Szczepańskiego.

Przychodzi się więc do knajpy w Wawie naprawdę na piwo, a nie dla jakichś innych, szemranych względów. Siłą rzeczy też nie przychodzi się samemu (rzecz w Krakowie często spotykana), bo i nie ma po co. Zabawy dostarcza towarzystwo, z którym zasiada się przy jednym z nielicznych wolnych stolików (podobny problem jak z tramwajami, niemniej tutaj stolików jest co niemiara, tylko gości „za dużo”) i już to obserwuje sąsiadów ze stolika obok (bo to hipsterzy), już to prowadzi konkretne, warszawskie rozmowy, rozmowy do rzeczy i na temat. Temat może być oczywiście z sufitu zdjęty, różnica polega na tym, że od czasu do czasu dochodzi się do konkluzji, a nawet jeśli nie – przynajmniej ku temu rozmowa ma w teorii zmierzać.

Wynika stąd, jak sądzę, różnica zasadnicza. Otóż odnoszę wrażenie, że rzecz na Południu powszechna jest w Stolicy znacznie rzadszą – posiadanie „własnej knajpy”, czegoś znacznie bliższego „własnemu miejscu” niż „ulubionej restauracji”. Przestrzeni, w której „musi się” regularnie bywać, chociaż niczego konkretnego się tam nie robi i w której, niejako przy okazji, spotyka się zawsze te same, znajome gęby „kolegów”. Wypisz, wymaluj – szkoła!; dla ludzi, którzy edukację już ukończyli i nie bardzo wiedzą co z tym fantem zrobić, ale im tęskno.

Jeśli zatem patrzeć przez pryzmat baru, warszawiacy okazują się bardziej dojrzali albo krakusi – w większym stopniu nostalgiczni. Tudzież inaczej: stołecznym brak czasu, by go przesypiać nad niedopitym kieliszkiem, krakusi mają go nadto lecz nie wiedzą, co chcą z nim zrobić. Zresztą, teorii może być bez liku, fakt podstawowy jest jeden: w Wawie idzie się do knajpy, bo jest tam dobre piwo, w Krakowie co najwyżej narzeka, że w „naszej” knajpie mogłoby być lepsze.

6 myśli nt. „Pocztówki z Warszawy – knajpy.

  1. Co Pocztówka, to lepsza! Ta, siłą antagonizmu, bezlitośnie każe krakusowi przejrzeć się w zwierciadle stolicy. Uwagi o szkole i o konkluzjach – istne perełki. I ta sienkiewiczowska stylistyka… ‚Jako żywo’, oddaje ducha krakowskiego anachronizmu. Gorze nam, gorze, bracia krakusy, albowiem u nas verba non facta, nie odwrotnie, a żywot nasz klauzulowy bliższy jest, wbrew pozorom, kontemplacyjnemu życiu zakonnemu niż światowym zabawom.

    P.S. Po przeczytaniu, znana Autorowi manager i zarazem ćma pewnego krakowskiego lokalu znajdującego się przy pl. Szczepańskim, skwitowała tekst jednym słowem: wyborne. To istotne, zważywszy na fakt, że przymiotnik ten jest równocześnie częścią nazwy najpopularniejszego w tymże lokalu piwa, a to może oznaczać, że nasz krakowski mikrokosmos jest do tego stopnia hermetyczny i samowystarczalny, że nawet nasz język zawęża się do terminologii stosowanej co wieczór przy barze.

  2. Świetnie się czyta te pocztówki, czekam na kolejne!
    Mała dygresja – w Wawie też są klimatyczne miejscówki ze starymi bywalcami, w których czas po prostu sobie płynie, ale raczej nie znajdują się one w centrum i mają bardziej charakter lokalny.
    Swojego czasu takie świetne miejsce z klimatem, przesiadywaniem stałych typów spod różnych gwiazd znajdowało się na ul. Dobrej – słynna Jadlodajnia Filozoficzna, ale po kilku latach bytności komuś teren się spodobał więc lokal podpalono….pozostał smutek i nostalgia.

  3. jest dużo racji w tym co piszesz. dawna Galicja wraz z Krakowem (czy raczej Lodomeria) ma klimat lekko dekadenckiej inteligencji.. nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wychodziła z mojego ulubionego krakowskiego lokalu przed 4-5 nad ranem. nigdzie indziej, poza Krakowem (bądź Lublinem), moja przyjaciółka i ja nie zostałyśmy posądzone o „przeintelektualizowywanie rzeczywistości”. w Warszawie prowadzenie mało istotnych, acz życiowych dyskusji, skończyłoby się w najlepszym razie rozmową o najnowszych trendach w czymkolwiek (od telefonów, przez muzykę, modę po hm.. powiedzmy wspinanie), zaś słowo ‘wyborny’ zrozumiane byłoby raczej jako ‘wyborowa’, co per se implikuje fakt chęci wypicia mocnego alkoholu. Krakowowi bliżej niestety do post-habsburskiego Wiednia, gdzie przerwa na kawę (bądź rozpoczęcie nią dnia pracy) jest ważniejsza, niż punktualne przyjście do pracy. typowa dla Wiednia (nie śmiem twierdzić czy Krakowa, bo nie spędziłam tu aż tyle czasu) potrzeba bywania na wszelkich otwarciach wystaw w muzeach i wernisażach w galeriach byłaby równoznaczna z obowiązkowym zaliczaniem premier w jednym z „najmodniejszych” z warszawskich kin.
    z drugiej strony w mieście, które za wszelką cenę chce prześcignąć kapitalistycznych gigantów pokroju Frankfurtu czy Monachium, lokale otwarte dłużej niż do północy można policzyć na palcach, obawiam się, jednej ręki, a powrót do domu pieszo graniczy z cudem ze względu na odległości i konieczność pójścia rano do pracy.. szczęśliwi ci, którzy nie muszą zrywać się przed świtem, choć oni z kolei nie mają z reguły towarzystwa do włóczenia się nocą po mieście. przynajmniej w dzień powszedni…. humaniści tutaj to niestety gatunek zagrożony w najlepszym wypadku emigracją. oby tylko do Krakowa czy Wrocławia…

  4. „szczęśliwi ci, którzy nie muszą zrywać się przed świtem, choć oni z kolei nie mają z reguły towarzystwa do włóczenia się nocą po mieście. przynajmniej w dzień powszedni…. humaniści tutaj to niestety gatunek zagrożony w najlepszym wypadku emigracją. oby tylko do Krakowa czy Wrocławia…”
    ann, spokojnie w Warszawie nie jest jeszcze tak źle… Nie zrywam się przed świtem, mam z kim włóczyć się nocą po mieście (choć przeważnie mi się nie chce, czekam na wiosnę ;)) także w dni powszednie. Do tego należę do grona humanistów i wraz z moimi znajomymi ze studiów nie zamierzamy emigrować (przynajmniej w najbliższym czasie). Więc to trochę zbyt uogólniające, ja nie do końca odnalazłam się w tym opisie stolicy, choć w Warszawie mieszkam od urodzenia (z krótkimi przerwami). Jako warszawiacy mieliśmy nawet „własną knajpę”, ale niestety ją zamknęli, choć powoli zadomawiam się w nowej 😉 A… no i oczywiście, jak na filozofów przystało, nasze dyskusje są postrzegana jako mało istotne. Jedyne z czym się zgodzę, to z tym, że jakoś szybko zamyka się lokale, ale nie wiem czy to aż tak powszechna tendencja, bo spotkałam się z tym w zeszłym tygodniu pierwszy raz w życiu…

  5. to miałaś więcej szczęścia niż ja przez ostatnie 13 lat 😉 a uogólnienie na podstawie obserwacji znajomych, choć przyznaję uogólnienie okrutne. niemniej jak raz poznasz, że da się żyć trochę inaczej, to faktycznie trawa wydaje się gdzieś indziej bardziej zielona 😉

  6. Ja mam jedenastoletnie doświadczenia dopiero, ale nie wiem z czego wynika ich odmienność. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że takie oczywiste kwestie są w Warszawie czymś wyjątkowym 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*