Półfinały, autoanaliza postartowa.

Na koniec przeglądu „naszych na weście” (analizy reszty startów na poprzednich kartkach bloga) kilka słów o problemach i wrażeniach półfinałowych.

Cztery przystawki to niedużo – na tyle niewiele, aby nie móc liczyć na nadmiernie „rozbiegową” jedynkę. Niebagatelna zatem rzeczą staje się dobra rozgrzewka, którą na szczęście komfortowa strefa izolacji bardzo ułatwiała. Udało mi się rozgrzać na tyle dobrze, że dynamiczna jedynka, mało szanowny problem jednoruchowy (strzał do dobrego chwytu na paczce i kontra nogami – najczęściej powtarzany ruch tych zawodów; potem banalne sięgnięcie do topu) pada od strzału. Dobry poczatek.

Dwójka już z dołu wygląda hardo. Biegnie okapikiem (tym samym, co kluczowa w eliminacjach czwórka). Start do paczki, przerzut nóg w prawo, na wiszące tam przez całe zawody struktury (ładnie zlicowane z profilem ściany), nad głową dwa czerwone ściski, w które narzucało się wejść dokładnie odwrotnie niżby się chciało. Potem jeszcze dobra krawądka i proste sięgnięcie do topu, ale jak się pozmieniać na ściskach!? Kilku gości z czołówki radziło tu sobie po prostu dzięki nieziemskiej mocy, mnie uratowało brzydkie, koślawe podhaczenie kolana i rozpaczliwe wymiany rąk (chociaż ekipa uważa, że patent był klasowy, a moja moc bez zastrzeżeń; spór nie do rozstrzygnięcia). No, ale się udało i to w drugiej próbie. W tym momencie, co tu dużo gadać, szedłem prosto w kierunku finału.

Nieszczęsna trójka! Już start nieprzyjemny, krzywe sięgnięcie z krawądek do niewielkiego, aczkolwiek dobrego guziczka (rzecz jasna z przerzuceniem nóg). Za diabła nie chciało się udać, musiałem skorzystać ze sztuczki wymyślonej na takie okazje w Chinach: wyobraziłem sobie Ola Romanowskiego jak robi te ruchy w adidasach. Poszło w następnej próbie. Niestety, na tym inwencja się skończyła. Na ukrytym za krawędzią bonusie otwierały się dwie opcje – zacięciem (boczna ściana pozbawiona była jednakże faktury, strasznie przez to śliska) tudzież schodząc do dużego chwytu na połogu i grzebiąc się na niego mantlą. Za pierwszym razem wciskałem się w zacięcie (kilku silnych gości dało radę) i strasznie mnie pokarało. Niestety – udało mi się tam dojść  jeszcze tylko raz i zabrakło odwagi, aby w ostatniej próbie kombinować z nowym patentem. Post factum okazało się, że idąc tamtędy po prostu już się nie spadało. Szkoda wielka, bo top na tym problemie dałby mi udział w finałowej rundzie.

A ta – musiałem szukać szczęścia na czwórce. Startowy pasaż, nieprzyjemnie techniczny, przeszedłem w pierwszej próbie tylko dzięki sile woli. Pogięło mnie na przedostatnim sięgnięciu, zabrakło nieco cwaniactwa (można było chwycić dziury na śrubę w bonusowym chwycie). Potem czujny start się obraził i nie przepuścił mnie ani razu. Dziewiąte miejsce – dobrze, lepiej niż w Chinach (gdzie w dodatku konkurencja była mniejsza), ale ten niedosyt… Zbyt wielki, bym mógł go pielęgnować, więc już od pierwszych chwil po starcie podjąłem starania, żeby o sprawie zapomnieć. Udaje się tyle o ile – mam nadzieję, że w piątek głowa będzie znowu pusta i gotowa na nowe treści.

Gosia Rudzińska w Grindelwald. Analiza startu.

W kolejnej odsłonie analiz po Szwajcarskim pucharze start naszej jedynej zawodniczki okiem starego dziada:

Grupa A (czyli gosina grupa) miała przystawki, jak się zdaje, nieco trudniejsze od grupy B, tak przynajmniej sugerują wyniki (a wyniki do jedyna rzecz na zawodach, która nigdy się nie myli). Dla Gosi start w Grindelwald miał cel przede wszystkim poznawczy, niemniej wiedzieliśmy dobrze, że trochę od niego zależy. Przeskok z krajowego podwórka na rozległy międzynarodowy plac wiąże się zawsze z pewnym stresem i trudno uniknąć emocji szepczącej złośliwie do ucha: „a co będzie, jeśli nie zrobię nawet jednego bonusa i będę najgorsza?”.

Na szczęście dla siebie i dla naszych nerwów, Gosia zaczęła z przytupem. Pierwszy problem nie należał z pewnością do najtrudniejszych propozycji, jakie spotyka się na pucharach, ale to akurat tym lepiej dla nas. Start techniczny Gosia pokonuje trochę niepewnie, ale z determinacją, kiedy zaś dochodzi do końcówki, czyli kilku zdecydowanych pociągnięć po krawądkach, jest u siebie w domu. Flashyk.

Dwójka Gosi jest tylko nieco ułatwioną dwójką z męskiej grupy A, tej w której startowałem wespół z Jakubami. Dziewczynom dołożono dodatkową paczkę na przebieżce do bonusa, ponadto jeszcze jeden chwyt i stopień pod topem. Po zawodach Gosia przyznała, że w kraju nigdy nie zdarzyła jej się konieczność wykonywania podobnych akrobacji, więc ogarnięcie tematu zabrało trochę czasu. Bonusa udało się zaliczyć, przebieżka została opanowana, stylowy bieg wykony z markowym dla Gosi, wywieszonym językiem mógł się podobać. Niestety na końcówce zawiodła praca nóg na małych stopniach (element do poprawki, co sama Gosia przyznała).

Trójka wymagała na starcie hardego, dynamicznego pociągnięcia z prawie nieistniejącego stopnia. Gosia próbuje raz za razem, ale stopień ewidentnie nie chce współpracować. Na chwilę na twarzy Małgorzty pojawia się daleko posunięta irytacja, na szczęście szybko opanowana – odbierając kartę od sędziny, Gosia uśmiecha się znowu promiennie.

Czwórka w tym samym miejscu, w którym znajdowała się czwórka naszej grupy, dojście do bonusa po tych samych strukturach. Po szeregu nieudanych prób z wykorzystaniem narzucającego się patentu Polka przytomnie postanawia skrócić sobie drogę zdecydowanym pociągnięciem z krawądki. Kilka razy wydaje się, że utrzymanie bonusowej paczki ze szpaksami na ścisk jest tuż-tuż, brakuje trochę docisku w dłoni.

Piątka zaczyna się nieco podobnie do dwójki – tym razem dynamiczny ruch w lewo, trzeba dolecieć do dobrej klamki, skontrować nogą na strukturze i wytrzymać gwałtowny wylot ciała. Doświadczenie z drugiej przystawki przekłada się bardzo szybko, od tej chwili Małgorzata będzie fruwać jeszcze parę razy, niemal zawsze udanie. Wystarcza na bonus, top wymagał jeszcze zadania po dwóch niewygodnych crimpach na obłym stopniu, na co nie starcza już siły.

Ogólnie start Gosi udany, to znaczy realizujący założenia. Po pierwsze, wedle słów samej zawodniczki, przystawki pucharowe „nie okazały się takie trudne”. Po drugie, wyraźnie było widać, że jeśli chodzi o siłę kompleksy są nieuzasadnione. Ładnie i czytelnie widać było słabe punkty, dzięki czemu plan przygotować do następnych startów można ułożyć z myślą o ich wyeliminowaniu. W piątek eliminacje w Insbrucku i pierwsza okazja, żeby zaprocentował sam fakt wstępnego obycia na międzynarodowej scenie. Pod koniec czerwca Francja, dwa miesiące później Mistrzostwa Świata w Monachium. Cele się nie zmieniają, w tym sezonie chodzi o nabranie doświadczenia, niemniej jeśli uda się podciągnąć kilka elementów – doświadczenie to może okazać się i bogatsze i bardziej mobilizujące przed kolejnym rokiem.

Grindelwald – analiza startu naszych, cz.2.

W drugiej części przeglądu naszych występów męskie eliminacje w grupie B i Piotrek „Krzysiu” Bunsch.

Start „Bunschyka” miał miejsce w grupie równoległej, na baldach wyraźnie trudniejszych. Nawet rozbiegowa jedynka,  choć również wyraźnie łatwiejsza od pozostałych, prezentowała wyższy próg trudności od analogicznego problemu z grupy A. Niemniej nie przeszkodziło to „Krzysiowi” w zaliczeniu klasówki w pierwszej probie. Oto jego wlasne słowa: „Dobre chwyty, wstawienie nogi na paczkę, złapanie się dobrej krawądki na której ciężko było jednak zmienić rękę… Dlatego trzeba było ustać na paczuszce i wyjść jednak lewą ręka w krąwadkę przed czołem. No i to był start… A potem mały chwyt na kolejnej paczce, dynamiczne sięgnięcie w prawo do pozytywnego podchwytu i potem do topu. To wszystko…”.

…Wszystko na pierwszym problemie, po którym zaczęły schody. Następna była techniczna dwójka, na której „nie należało wchodzić do bonusa ręką, ale nogą, co w sumie nie było łatwe, a chwyty nie chciały trzymać”. Bunschyk wchodził ręką i w ten sposób pozostał tylko na bonusie.

Trójka koncepcyjnie trywialna, niewiele kombinowania ze strony routesetterów. Ot, sięgnięcie do bardzo słabej krawądki i z niej do bonusa, już na połogu, skąd jeszcze wyjście z nogami na tarcie w zacięciu. „Krzysiowi” nie dane było popisać się jego slawetną techniką, albowiem krawądka istotnie nie funkcjonowała w jego rękach należycie. „Krawądka” to skądinąd nieścisłe określenie – raczej coś w rodzaju „chrupków” utworzonych z trzech, przykręconych pomysłowo maleńkich chwycików.

Czwórka najtrudniejsza w tej grupie – anonimowe źródło z kręgu chwytowych doniosło, że pierwotnie miał to być bald finałowy, ostatecznie przeniesiony do eliminacji w charakterze selektora.Sięgnięcie do bonusa było na tyle syte, że Piotrek musiał się nim zadowolić – wyjście dalej pozostało niedostępnym.

Piątka zaczynała skokiem w bok, do paczki ze słabym szpaksem (plus obowiązkowa kontra nogą). Potem jeszcze nieprosta końcówka. Na starcie nie bardzo szło się z czego wybić, należało raczej z zamachu nogą, niż ze stopnia wychodzić. Tutaj niestety również bonusa się nie doczekaliśmy.

Krzysiowi start ewidentnie się nie udał, był nawet po nim trochę załamany (poszedł na samotne spacery, a potem spać). Wyraźnie nie udało mu się wyskoczyć w górne rejony swoich możliwości. Niezły dzień w skałach dwa dni później poprawił mu nastrój. Czy obudził w sobie zwierzę? – zobaczymy w piątek.

 

Grindelwald – analiza startu „naszych”.

Relacja z weekendowych zawodów Pucharu Świata w boulderingu już na stronie, zaś na blogu nieco bardziej szczegółowa analiza naszych występów. Na początek eliminacje grupy A, gdzie startowało trzech Polaków (Mecherzyński-Wiktor, Główka, Jodłowski). Dziś, jutro i może jeszcze pojutrze będę systematycznie zamieszczał kolejne części, bo materiał obszerny.

Grupa A (w kolejności startu zawodników)

1: Pierwsza przystawka to małe nieporozumienie, po prostu była nadzwyczaj prosta. Jedynym sposobem popsucia sobie tutaj humoru była pomyłka przy rozgrzewce. Mnie udało się rozgrzać dobrze, Kubie Główce trochę za dobrze i wyskoczył ze strefy nadmiernie nabuzowany (przez co pojechała mu noga przy pierwszej próbie). Z kolei Jodłoś, jak sam przyznaje, spóźnił się z rozruchem o kwadrans i stąd top dopiero za trzecim razem.

2: Problem drugi, dwuruchowy. Przebieżka po paczkach do dobrej klamki bonusowej, a następnie czujny ruch do struktury topowej. Moja pierwsza, nieudana, próba na przebieżce kazała mi szukać innego patentu, idiotycznie. Puknąłem się w głowę dopiero przy czwartym podejściu do problemu i zatopowałem. Z kolei Kuba Główka męczył się z ostatnim ruchem, niemniej pod koniec czasu wreszcie go domęczył. Jodłoś wyglądał na tej przystawce najlepiej – byłaby druga próba, niestety pomylił się raz na starcie (nie dołożył nogi do stopnia), więc w wyniku ma trzecią. Lepiej niż Sharafutdinov.

3: Idiotyczny problemat, źle świadczący o zaangażowaniu chwytowych. Skok z dwóch klam do kolejnej klamy, z koniecznym kontrowaniem nogą, niby ładny. Cóż, kiedy był to jedyny ruch na problemie (sięgnięcia do topu nie ma co liczyć). Zmobilizowałem się bardzo, to i doskoczyłem od razu; Kuba Główka myli się raz, Jodłoś nakręca się zanadto tłucze ruch za ruchem raz za razem. Prawdopodobnie zrobiłby go w trzeciej lub czwartej próbie, gdyby pozwolił ciału na chwilę się zatrzymać, zastanowić i „wkodować” sobie schemat ruchowy. Ale trzeci top w kieszeni, tak czy owak.

4: Najtrudniejszy, a właściwie jedyny naprawdę trudny problem eliminacji w tej grupie, autorstwa nie kogo innego, a Marcina Wszołka. Najpierw czujny start pod okapikiem (nie bardzo było wiadomo, jak się wpasować w startowe struktury), potem sięgnięcie do dwóch ścisków za krawędzią (siłowo), z których jeden był bonusem; na koniec dynamiczno-techniczna końcówka (strzał z jednoczesnym „odhaczeniem” nogi spod paczki).

W pierwszej próbie dochodzę do bonusa, ale ponieważ czuję zarazem nieliche trudności, jak i poważne szanse na sukces – postanawiam odczekać. Ruszam na półtorej minuty przed końcem czasu i kiedy spadam z ostatniego ruchu to wiem już, że nie ma co liczyć na top. Ostatnia wstawka, mam trzydzieści sekund, dochodzę do strzału, czuję że nie dam rady, słyszę doping Gosi Rudzińskiej i ku własnemu zaskoczeniu czynię balda.

W tym samym miejscu pojawia się niedługo potem Kuba Głowka, który niestety traci częćć sił na kombinacje wokół pierwszych ruchów. Niemniej jedna z jego prób kończy się z palcami na krawędzi topowej klamy. Wielka szkoda, że ostatecznie nie wyszło, albowiem gra była w naszej grupie prosta (i trochę głupia zarazem) – trzeba było zrobić czwórkę. Startujący na końcu Jodłoś ściska ściski mocno, ale nie na tyle mocno, by jeszcze wygenerować z nich kolejny ruch.

5: Przystawka, jak przyznał sam autor, nieprzetestowana, za łatwa i ogólnie mało atrakcyjna (chwytowy tego balda mówił po polsku, był to Marcin Wszołek). Ale można było potracić próby przez nieuwagę, brak koncentracji albo zwykłe ogólne zmęczenie. Jakubowie tak właśnie czynią, mnie udaje się flash, niemniej bardzo starałem się spaść.