Blisko, ale jakoś jednak za daleko…

Zgodnie z zapowiedzią jeszcze kilka słów podsumowania po naszym dzisiejszym występie.

Sylwia – startowała w grupie A, razem z Anną Stohr, na przykład. Jej przystawki i start,  w telegraficznym skrócie:

1: Nieprzyjemny trickowy bald startowy, zupełnie nie pod Sylwię. Tymczasem udaje się złapać top już za pierwszym razem; niestety Sylwia nie zauważa, że mija nogą ogranicznik. Jedna próba oddana nerwom na pożarcie i w trzeciej jest po sprawie, szybko i bezboleśnie.

2: Najtrudniejszy bald w tej grupie. Pomimo kombinowania na najrozmaitsze sposoby Sylwii nie udaje się dość nawet do bonusa…

3: Wydaje się stworzony dla naszej zawodniczki! Może gdyby Sylwia, schodząc z dwójki, rzuciła nielegalnie okiem na to, co czeka ją na trzecim problemie… Może wtedy batonik energetyczny zostałby zjedzony przed startem na nim, a nie po, a w konsekwencji nie zabrakłoby mocy na ewidentnie pasujących jej ruchach po słabych ściskach. Nie mówiąc już o siłowym starcie po klamach, który niepotrzebnie zabiera Buczkównie mnóstwo czasu… Na tym baldzie Sylwia pokazuje, że jest w stanie walczyć o półfinały na pucharach.

4: Tutaj, niestety, za wiele rzeczy naraz. Techniczny start puszcza podczas pierwszej próby, ale brakuje zdecydowania przy strzale z klamy do bonusowego oblaka za krawędzią. Potem Sylwia myśli już tylko o tym ruchu, więc nie może skupić się na ruchach startowych. I tak przepada szansa na drugą rundę zawodów.

5: Delikatne przewieszenie, nic specjalnego. Sylwia przebiegła ten problem za drugą próbą, jak tylko wyczuła kluczową strukturę.

Cóż, niewątpliwie szkoda szansy na półfinał, bo była taka. Z drugiej strony to dopiero czwarty start zawodniczki Korony na Pucharze Świata w boulderingu, zarazem ewidentnie najlepszy. Prognostyk jest dobry, w Insbrucku zobaczymy, w jakim tempie zachodzi progres.

Jeśli chodzi o mnie (mechanior, grupa B, otwiera ją Kilian Fischhuber): techniczno-trickowa jedynka mnie zjadła; trochę teatralnie poleżałem po walnięciu golenią w strukturę przy n-tej próbie wystartowania, w strefie poprosiłem o lód, ale mieli tylko… sok z lodówki. Dobre i to, zawsze ulga. Po tej porażce byłem pewien (niesłusznie), że konieczne są topy na pozostałych czterech baldach, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy (słusznie), tylko napierałem. Dwójka wiodła zacięciem, wybadałem ją przy pierwszej próbie, a potem drugą spaliłem nie do końca potrzebnie. Za trzecią poszło. Na trójce, po prostym starcie w okapiku, wychodziło się na płytkę, gdzie czekało nas niewygodne wstawianie nogi do ręki. Na tyle niewygodne, że za pierwszym razem nie dałem wiary i zacząłem szukać kantu, zgubionego przeze mnie w Kitzbuhel. W drugiej próbie szedłem już po po bożemu i do końca.

Czwórka była siłową masakrą w stylu piwnicznym, staropolskim. Do tego śliski stopień, czarny od brudu. Nawet bonusa… Piątkę przebiegłem bez radości, bo to znaczyło, że niczego specjalnego mi ta piątka nie daje. Po starcie okazało się niemal natychmiast, że w mojej grupie,z trzema topami, jestem jedenasty (wchodzi dziesięciu). Potem spadłem jeszcze o jedno miejsce. Do półfinału zabrakło mi jednej próby do topu, którejś z tych niepotrzebnie straconych na drugim i trzecim problemie. Jeśli już mam odsłaniać karty emocji, to jestem nierad.

Za niecały tydzień akcja w Insbrucku, a potem długa przerwa od Pucharu Świata. Miło byłoby zakończyć przedwakacyjny okres zagranicznych startów mocnym akcentem. Wszystko w naszych rękach (dojeżdżają jeszcze Jakubowie: Jodłowski i Główka), chociaż czasami wydaje się, że i los pociąga za sznurki. Prawdziwy sportowiec to ten, kto nie dopuszcza do siebie takiej myśli.

c.d.

Jeszcze kilka slow o baldach. Starszym chwytowym na zawodach nie byle kto, bo Jackie Godoffe, czlowiek, na ktorego sie czeka po Krakowem. Baldy spelnily swoje zadanie nienagannie, chociaz jedynka (taka sama dla obu grup) chyba troche przekombinowana, przynajmniej jak na problem, na ktorego wychodzi sie jeszcze nie do konca wkreconym w atmosfere startu. Ale moze dzieki temu dobrze sprawdzila, kto tu jest prawdziwym sportowcem.

Dwa baldy srednie, wyznaczaly moim zdaniem granice miedzy walczacymi o polfinal, a reszta. Jeden trudny – czworka – pozwalal na rehabilitacje w razie niepowodzenia na jedynce. Piatka za prosta. Tak to wygladalo w mojej grupie (B), w A bylo chyba toche trudniej. Zasadniczo wspinanie przyjemne, chociaz bez zachwytow. No, ale oczywiscie pelen profesjonalizm, baldy dosc wyraznie dzielily sie na czesc do- i za bonusem, wyniki tez nie wskazuja na jakiekolwiek potkniecia chwytowych.  Czekamy na popoludniowe starty pan, ktorych jest ponad piecdziesiat, wiec tez zostaly podzielone na dwie grupy.

Cala nadzieja w Sylwii.

Niestety, kolejny start konczy sie dla mnie blisko, blisko, bardzo blisko kreski, a jednak po niewlasciwej jej stronie. Emocje jeszcze buzuja w duszy, wiec troche moze byc emocjonalny ten wpis. Cholera, znowu bez polskich liter, na szczescie wieczorne wrazenia po starcie Sylwii bede ubieral w szate tekstu juz z posznowaniem zasad polszczyzny, wiec moze ta symbolika okaze sie kompletna.

Trzy topy w szesciu probach to za malo – wszystko wskazuje na to, ze wystarczylaby lepsza jakosc, byc moze zupelna bezblednosc na tych problemach. Zjada mnie trickowa jedynka, na ktorej w dodatku nie umiem utrzymac slabych chwycikow (wstydz sie, jurajski Polaczku!). Mogla uratowac silowa czworka, ale dzisiaj nie bylo we mnie ochoty na brutalne wspinanie. Szkoda, ze piaty bald taki prosty i nie dal okazji do poprawienia miejsca na liscie.

Pozytywna wiadomosc – kolejny raz okazuje sie, ze awans do czolowej dwudziestki nie jest w moim przypadku marzeniem scietej glowy. Ale z tego to moge sie cieszyc w Polsce, na razie obiadek bedzie znacznie mniej smaczny, niz moglby byc.

 

 

Post Factum.

Post Factum (minionych zawodów na KFG), ale nie post mortem, gdyż krakowska impreza ma się świetnie i wszystko wskazuje na to, że nieprędko przestanie być stałym punktem naszego kalendarza wspinania sportowego. Kilka słów na ten temat ze strony osoby, która była silnie emocjonalnie zaangażowana w krakowskie zawody i miała okazję oglądać je od kuchni, zarazem nie będąc głuchą na opinie dolatujące z drugiej strony sceny.

Po pierwsze (a propos moich wcześniejszych dywagacji na temat zawodów w Polsce) – po finałach Mistrzostw widać wyraźnie, jak wielką rolę ma do odegrania publika. Zawody przeprowadzane przy udziale samych startujących mogą być znakomite ze sportowego punktu widzenia (zależy to od poziomu uczestników, jakości pracy chwytowych oraz kompetencji sędziów); mogą też zapaść w pamięć ze względu na otoczkę towarzyską, jak to nie raz już bywało. Niemniej trudno nie zauważyć różnicy między taką imprezą, a wydarzeniem gromadzącym kilkusetosobową grupę widzów, a dalej – między tym ostatnim, a zawodami obserwowanymi przez półtora tysiąca.

Po drugie – wspomniany aspekt ma zwrotny wpływ na sportowy przebieg rywalizacji. Atmosfera w strefie izolacji podczas KFG jest zasadniczo odmienna, niż w trakcie wszystkich innych zawodów, różni się także od tej, którą oddychaliśmy podczas półfinałów na Avatarze (gdzie rozegrano poprzednie rundy). Istnieje pewna graniczna ilość ludzi, przed przekroczeniem której nawet dość liczne zgromadzenie nie daje rady wytworzyć podziału na scenę i widownię, a ze startujących uczynić aktorów (a nie tylko kolegów i znajomych tychże kolegów). Poniżej tej granicy pozostajemy na poziomie zmagań w osiedlowej kotłowni (nieraz fascynujących) – za nią mamy do czynienia z wydarzeniem publicznym. Tym samym zmieniają się mobilizacja i poziom skupienia startujących – nie w tym sensie, jakoby dotychczas byli oni mniej zmotywowani, są zmotywowani inaczej. Gdzie indziej startują z nastawieniem podobnym do tego, z którym na wspólnym treningu pragniemy pokazać kolegom, kto dzisiaj rozdaje karty. Teraz koledzy stają się mniej istotni – ważna jest sama jakość sportowego występu, pragnienie wykorzystania wszystkich atutów, jakie się posiada; łojant przekształca się w zawodnika. Z tego punktu widzenia mogłoby się okazać (hipoteza), że zawody takie, jak na krakowskim festiwalu (jedyne obecnie w Polsce) nie tyle wskazują, kto się najlepiej wspina, ale raczej – kto najlepiej staruje (znosi presję czasu, konieczność rywalizacji etc.). Tym samym obecność tłumu ludzi w jakiś sposób modyfikowałaby przebieg sportowej zabawy.

Pytanie, skąd wziąć znaczną publikę znajduje odpowiedź na KFG, zaś z niej płynie pierwsza moja sugestia – należałoby przemyśleć koncepcję stopniowego podążania w kierunku organizacji zawodów boulderowych (a być może też czasówek), przy okazji większych, niezależnych imprez wspinaczkowych (czy okołowspinaczkowych, albo wręcz niezależnych tematycznie), które same z siebie „dostarczą widzów” zmaganiom na ściankach,a ponadto dysponują odpowiednim zapleczem infrastrukturalnym, szczególnie halą z dużą widownią. Kilkuletnie doświadczenie krakowskie pokazuje, że ludzie nie wykorzystują festiwalowej „przerwy na zawody”, aby zjeść w tym czasie obiad – wręcz przeciwnie, tuż przed finałami tłum gęstnieje i to pomimo nie najkorzystniejszej pory (samo południe). Zawody zatem nie tylko nie obniżają, ale wręcz podnoszą ogólny poziom festiwalu, skąd ich obecność w programie odbywa się z obustronną korzyścią. Dodatkowym i niebagatelnym zyskiem z takiej sytuacji byłoby większe zainteresowanie sponsorów, będące następstwem obecności liczniejszych mediów pozawspinaczkowych na imprezie organizowanej przy okazji dużego wydarzenia.

Kolejna rzecz, która przychodzi do głowy zaraz po zawodach na Festiwalu i ma związek z widocznym na nim potencjałem, jaki kryje się w sportowym boulderingu: niewątpliwie przydałyby się wreszcie nowe, alternatywne wobec Tomy Oleksego, grzyby boulderowe. Wbrew pozorom inwestycja w „competition wall” do boulderingu nie jest wcale kwestią aż tak wielkich pieniędzy – inna rzecz, kto miałby te pieniądze wyłożyć. Po Polsce krążą plotki o zainteresowaniu dużego sponsora zawodami pucharowymi – być może ewentualny sukces negocjacji będzie pierwszym krokiem do wykorzystania tego potencjału, który wynika przede wszystkim z niezwykłej „elastyczności” boulderingu. Elastyczności takiej nie posiada natomiast wspinanie na trudność (dzisiaj: „prowadzenie”), wymagające potężnej konstrukcji i miejsca na takową, co z trudem dałoby się połączyć z jakimkolwiek festiwalem, przeglądem filmów i w ogóle z krytą halą.

Słowem – sądzę, że w najbliższych latach istnieje ciekawa możliwość rozwoju przynajmniej zawodów boulderowych, skądinąd pewnie nie jedyna. W każdym razie – którąś z nich dobrze byłoby wykorzystać i popchnąć tym samym wózek do przodu. Kto wie, może powrócą czasy, kiedy pucharowe zmagania nie ograniczały się do obowiązkowych trzech w sezonie? Przestrzeń dla rozwoju istnieje.

 

Start pulpitu pod felietony, a nie elektronicznego pamiętnika

Chwilę po zawodach na Avatarze (Puchar Polski w prowadzeniu) i na inaugurację tego bloga, który ma być czymś w rodzaju pulpitu pod felietony, nie elektronicznym pamiętnikiem, kilka uwag na marginesie zakończonej imprezy.

Po pierwsze – przyzwyczailiśmy się już, że listy startowe na zawodach pezetowskich, szczególnie z liną, nie przekraczają długością trzydziestu pozycji. Nierzadko w półfinale startuje cała stawka, co niekoniecznie potwierdza sens rezerwowania osobnego dnia na eliminacje. Rzadko z kolei się zdarza, aby zawody takie stały się treścią długo pamiętanego widowiska – w ostatnich latach nie pamiętam takiego wydarzenia. Inaczej niż zawody boulderowe, które bronią się metodami zaczerpniętymi z imprez towarzyskich (ułatwiono procedury startowe przez likwidację obowiązku posiadania licencji, pojawiła się możliwość przeprowadzania eliminacji flashem), konkurencja linowa nie posiada specjalnych środków, dzięki którym mogłaby stać się atrakcyjna dla większej grupy wspinaczy, niekoniecznie o stricte sportowym zacięciu.

Z drugiej strony – być może nie ma wcale takiej potrzeby. Niegdysiejsza rola zawodów pucharowych, na których można było spotkać ludzi z całego kraju, nieraz tyko przy podobnych okazjach widzianych, z obowiązkową, huczną imprezą taneczną i degustacją, została z powodzeniem przejęta przez zawody towarzyskie, zazwyczaj boulderowe; niektórym z nich przypadł nawet w udziale status wydarzeń kultowych, jak pamiętnym Boulder Monsters w Łodzi czy zawodom na Trafo w Katowicach. W gruncie rzeczy stało się w zgodzie z istotą jednego i drugiego typu wydarzeń, że zawodom pucharowym pozostaje do spełnienia jedynie rola czysto sportowa, zaś spotkania towarzyskie, chociaż nierzadko oferujące doskonały poziom sportowy, mają również inne odcienie do smakowania.

Tym samym, nie ma może powodów martwić się długością listy startowej na Pucharze, ważniejsza jest jej zawartość. W idealnej sytuacji na listach pojawiają się wszystkie znaczące nazwiska dla wspinania sportowego w Polsce, kilka obiecujących twarzy i liczni juniorzy, zbierający doświadczenia. W sumie jakichś trzydziestu – czterdziestu panów, nieco mniej dziewczyn. Czy tak było w Krakowie?- listy są znane.

W kwestii formy zawodów możliwe są zaś dwa stanowiska: albo traktujemy je czysto formalnie, jako okazję do okresowego sklasyfikowania zawodników czołówki, przy czym otoczka medialno-teatralna staje się niekonieczna (choć możliwa), albo też sprzedajemy je na zewnątrz, jako „show z udziałem najlepszych”. W tym drugim wypadku oczekuje się, że zawody pucharowe będą stały na najwyższym poziomie organizacyjnym, poprzedzone profesjonalną promocją i że zapewnią udział pokaźnej publiczności. W tle pozostaje jeszcze opcja „romantyczna” – spędów znacznej części środowiska, a przynajmniej dużej liczby liczących się sportowo wspinaczy, niekoniecznie potencjalnych zwycięzców, połączona ze spektaklem światła i cienia pod tytułem „finały”- słowem: marzenia o niegdysiejszej Koronie, tej z najlepszych czasów.

Dzisiejsza sytuacja zawodów „z liną” najbliższa jest pierwszej z przedstawionych wersji. Zawodników jest niewielu, wydarzenia mają raczej kameralny charakter, Puchar i Mistrzostwa Polski przeprowadza się bez specjalnego rozmachu, skromnie, minimalistycznie. Rzecz jasna, jest to przede wszystkim konsekwencją słabej kondycji finansowej branży, co przekłada się na ilość pracy włożonej w przygotowania i rozmach przedsięwzięcia. O ile zawody towarzyskie w pewnej mierze zwracają się organizatorom z wpisowego (między 20, a 40 złotych, co przy dwustu zawodnikach daje sumy między 4000, a 8000 złotych), o tyle puchary, faktycznie przyjmujące formę zawodów „tylko dla najlepszych”, siłą rzeczy przędą znacznie cieniej. Próby dotarcia do szerszej rzeszy wspinaczy są o tyle trudne do pomyślenia, że z punktu widzenia zawodnika zawody „z liną” są nieskończenie nudniejsze i niemal zupełnie jałowe wspinaczkowo, jeśli porównać je z imprezami boulderowymi. Tu robi się, w najlepszym wypadku, dwie drogi eliminacyjne, jedną półfinałową i jedną finałową – tam eliminacje we flasch’u zapewniają półtorej godziny dobrej zabawy na różnorodnych przystawkach. Ze sponsorami zaś jest o tyle krucho, że przy małej liczbie startujących i braku większej publiki nie bardzo mają oni do kogo dotrzeć przy okazji takiego wydarzenia.

Jak pisałem – przynajmniej teoretycznie nie musi to być wada, niemniej należy spełnić kilka warunków, dotychczas niezrealizowanych. Po pierwsze – sens takich zawodów zasadza się na obecności zasadniczej części czołówki wspinaczkowej. Sęk w tym, że bynajmniej nie cała czołówka wspinania sportowego w ogóle znajduje w sobie zawodnicze zacięcie (Ola Taistra, Łukasz Dudek). Ci zaś, którzy je mają, nie przywiązują do sprawy na tyle dużej wagi, by odwiedzać imprezy w sumie mało ciekawe, cały weekend poświęcać na wspomniane cztery drogi i mieć z tego (ewentualnie) trochę pieniędzy w kopercie oraz punkty w tabelce. Szczególnie, że tabelka na nic nie wpływa, poza wątpliwym prestiżem. Wątpliwym, bo mało kto startuje we wszystkich (trzech! – straszna liczba) edycjach w roku, więc i ewentualne zwycięstwo w końcowej klasyfikacji jest tyleż przypadkowe, co mało satysfakcjonujące. Wpływałaby zaś na skład Kadry Narodowej, gdyby ktokolwiek poważnie myślał o startach z liną za granicą. Ale nie myśli i koło się zamyka.

Po drugie – od takich zawodów, czysto „profesjonalnych” (w znaczeniu – stanowiących zamkniętą sprawę osób zajmujących się na poważnie wspinaniem zawodniczym), oczekiwalibyśmy znakomitej organizacji pod kątem czysto sportowym (doskonałe sędziowanie, znakomita ściana do rozgrzewki, izolowana strefa izolacji etc.). Zazwyczaj tak nie jest – sędziowanie w Polsce pozostawia wiele do życzenia, organizatorzy nierzadko „puszczają oko” do zawodników, żeby ten czy ów punkt regulaminu potraktować lżej („startujmy szybciej, bo wszystkim się spieszy po zawodach do domu”), zarazem lekce sobie ważąc fakt, że panel do rozgrzewki ma dwa metry na trzy, zaś w strefie izolacji tradycyjnie słychać nie zawsze dyskretny komentarz prowadzącego (temu ostatniemu akurat trudno się dziwić; „dyskretny wodzirej”? – nonsens). Oczywiście, atmosfera „wicie – rozumicie” bywa jak najbardziej dopuszczalna, wszak nie gramy o złote gacie, ale – na zawodach towarzyskich. Niemniej właśnie rozważamy sytuację, w której puchary są od takich imprez jak najdalej.

W rzeczywistości jednak zawody w prowadzeniu wyglądają tak, jak wyglądają, gdyż nikomu nie zależy na ich istnieniu naprawdę. A prawda wygląda następująco – trzy edycje pucharu prawnie muszą się odbyć, aby wpływała kasa z ministerstwa na wspinanie sportowe. Zarazem, o czym już była mowa, jeśli komu zechce się nie spać przez tydzień dla zorganizowania zabawy z przytupem, w ciemno wybiera bouldering. Z tego względu niejednokrotnie zawody „linowe” sprawiają, chyba nie fałszywe, wrażenie przeprowadzanych na siłę, tylko po to, żeby się odbyły. Ja sam niejednokrotnie jeżdżę na te imprezy z poczucia osobliwego obowiązku (no!, ktoś musi startować),wynikającego pewnie z szesnastu lat startów i swoistego sentymentu. Pytanie, czy taka sytuacja kogokolwiek satysfakcjonuje.

Obecny stan rzeczy wymaga zatem decyzji następującej: czy wchodzimy na poważnie w formułę „cichych spotkań czołówki”, formułę, która dopuszcza przecież zawsze wystawienie finałowego zmagania na oświetloną scenę, przed pogrążoną w mroku publiczność, zahipnotyzowaną muzyką miksowaną na żywo i porywającym komentarzem – dopuszcza, ale nie narzuca, więc nie generuje koniecznie wysokich kosztów? Jeśli tak, to ze strony Komisji Wspinaczki Sportowej oraz organizatorów należy oczekiwać, że poziom „techniczny” zawodów znacznie się podniesie, zaś od potencjalnych zawodników – mobilizacji startowej, bez której takie wydarzenia nie nabiorą stosownej rangi i powagi. Czy też – przeciwnie – wracamy do koncepcji zawodów masowych, na podobieństwo imprez boulderowych? W tym drugim wypadku należy przemyśleć obecne przepisy i być może odejść od rozwiązań stosowanych na zawodach międzynarodowych (więcej dróg eliminacyjnych?), przy czym przyznam szczerze, że nie wiem, czy jest to formalnie dopuszczalne (sprawdzę, napiszę). Pamiętajmy jednak, że ta druga propozycja posiada zasadniczą wadę – czego by nie wymyśleć, przynajmniej na chwilę obecną moda na zawody boulderowe skutecznie wysyca zapotrzebowanie na wspinaczkowe spotkania.

Oczywiście, można posądzić nakreślony obraz o brak ambicji (zawody bez publiczności?). Istotnie też, nie da się w żaden sposób ukryć, że my – zawodnicy – wolimy startować przy pełnej hali, niesieni dopingiem. Sport nasz nie jest popularny, miło czasem o tym na chwilę zapomnieć. Ale fakty są takie, że póki co nie ma miejsca na wielkie show z liną od dołu i prawdopodobnie jesteśmy skazani na „minimalizm”, przynajmniej w odniesieniu do większości zawodów „w prowadzeniu”. Każda zmiana w pożądanym kierunku będzie oczywiście wspaniałą, tymczasem jednak warto popracować nad tym, co jest. I robić to porządnie.

Post scriptum: powyższe uwagi nie są bezpośrednim komentarzem do zawodów na Avatarze, które pod wieloma względami wypadły bardzo dobrze; niemniej – krótkość list startowych uruchomiła lawinę przemyśleń ogólniejszych, którymi pozwoliłem sobie podzielić się na tych łamach (jeżeli to są łamy).