Pocztówki z Warszawy – czterdziestolatek dziesięć lat wcześniej.

Przyjaciel mój i młodszy Kolega, w tekście o wrażeniach z odbytego w weekend Trafo Boulder Szpil (http://wspinanie.pl/2014/01/o-swoich-wrazeniach-z-trafo-boulder-szpil-2014-pisze-piotrek-bunsch/), pisze tak:

„Można pomyśleć nad stworzeniem kategorii 30+, no może 35+. Chodzi mi tu o zmotywowanie nieco starszego pokolenia do bezpośredniej rywalizacji. Ci z 30+, którzy ciągle czują się na siłach, zawsze mogliby startować z młodszymi. Tylko wypadałoby zmienić nazwę. „OldBoy” mogłoby być dla wielu odstraszające!”

Urodziłem się w roku 1984. Tym razem pocztówka jest więc, nietypowo, adresowana:

Piotr „Krzysztof” Bunsch, K.S. Korona Kraków, ul. Kalwaryjska 9-15 Kraków

 

Wielce Czcigodny i Szanowny Młodzieńcze!

Wkraczając we wrześniu tego roku w zawodniczą smugę cienia, z zazdrością spoglądam ku rozwijającej się młodzieży. Pamiętam czasy, w których sam startowałem w głównej kategorii wiekowej. Teraz, kiedy trzydziesty rok życia mojego dobiega już swojej połowy, cieszę się myślą, że nie trzeba jeszcze wieszać „butów na kołku”, że i dla mnie będzie wciąż miejsce na zawodach wspinaczkowych, którym tyle przecież zdrowia oddałem przez osiemnaście lat życia.

Młodzieży!

Wasza systematyczna praca jest dla nas – przedstawicieli odchodzącego pokolenia – źródłem radości i satysfakcji. Nie bez żalu pozostawiamy za sobą te lata, z których pełni Wy dzisiaj korzystacie, ale przecież i nie bez dumy. „Non omnis moriar„, powiada poeta, a monumentum, jaki wznieśliśmy sobie w osobach następców, trwalszy jest nad spiż. I nie tylko o wartości materialne, fizyczne tu chodzi. Piękny Twój gest, który znajduje nam nowe miejsce na „wspinaczkowej mapie Polski”, najlepiej świadczy o tym, że od zawsze panujące w środowisku ideały koleżeństwa i szacunku należnego wszystkim, nie tylko najsilniejszym, przetrwały i w najmłodszym pokoleniu owocują nowymi ideami.

Najmilsi!

Ręka w tym wieku szybko zaczyna trząść się nad kartką. Jednakże zanim skończę, niech zdążę jeszcze, pozwólcie, zapytać: czy istnieje możliwość, aby na takich zawodach, już po finałach i po wręczeniu nagród dla najlepszych, a nawet – niech tam – już po pierwszej czy drugiej głębszej manifestacji radości, przeprowadzić małą „dogrywkę”? Taki „dodatkowy półfinał”, czy sam nie wiem jak to nazwać, pomiędzy zwycięzcą zawodów, a tryumfatorem kategorii 30+? Wybaczcie, młodzieży, że próbuję wtrącić własne trzy grosze do nie mojego przecież pomysłu, ale myślę, że tego rodzaju „ekstra” (tak się chyba teraz mówi) runda mogłaby dostarczyć wiele radości widzom i reszcie zawodników.

Raz jeszcze, w imieniu całego mojego pokolenia, dziękuję za pamięć i wyrozumiałość.

 

Andrzej Mecherzyński-Wiktor „mechanior”, wspinacz trzydziestoletni.

POCZTÓWKI Z WARSZAWY – TRAMWAJE.

Tramwaje

Z tramwajami to jest inaczej. Kraków – wiadomo – opiera się na tramwajach, patatajem (to moje słowo, nie krakowskie) można dojechać wszędzie i najwygodniej. Tramwaje są niebieskie i urocze, a ponadto nowoczesne tudzież doskonale zmodernizowane. Podróż nie trwa zbyt długo, o ile nie jedziemy do Huty; miejsca zazwyczaj dosyć, więc można usiąść, przejrzeć gazetę, a po kwadransie siedzieć już na piwku w centrum.

Patataje stołeczne odstają. Warsztatowo wszystko jest OK, posuwają szybko i sprawnie, na większości przystanków znajdziemy tablice informujące o tym, co i kiedy nadjedzie, wyświetlane informacje pokrywają się z drukowanym rozkładem jazdy, ten zaś ze stanem faktycznym. Trudno zresztą żeby było inaczej w mieście, w którym pięć minut spóźnienia na starcie kumuluje się do trzech kwadransów obsuwy na koniec podróży. Warszawa w ogóle jest sprawna, sprawniejsza od Krakowa i w tej konkurencji notuje przewagę. Dla Krakusa jednakowoż tramwaj to coś więcej niż sprawny środek transportu. Potrzeba jeszcze szczypty subtelnego komfortu.

I tutaj schody. Pierwszy raz szlag trafia, kiedy orientujemy się, że w tramwajach nie ma automatów biletowych, zaś motorniczy nie są ani odrobinę sympatyczniejsi niż na południu Polski (chociaż czasem potrafią wydać resztę, co w Kraku jest zakazane). Niby nic prostszego jak skoczyć do kiosku, zazwyczaj przecież są koło przystanków, ale hola, hola!, niemądry krakusie. Kiosk znajduje się przecież po przeciwnej stronie skrzyżowania, dokładnie po przekątnej, to zaś oznacza konieczność pokonania czterokrotnie sygnalizacji świetlnej na dwupasmówce, a tramwaj ucieka, jeden, drugi, trzeci… Że na przełaj? A gdzie, jeśli można spytać? Na Jerozolimskich? Solidarności skrzyżowanie z Jana Pawła? No, to powodzenia.

Więc automatu brak, ale przecież czasem jest, mianowicie w najnowszym krzyku warszawskiej mody tramwajowej, PESA’ch. Więc co, czekamy na PESĘ? A jużci, że czekamy, przecież to tylko pięć minut (a pięć minut kumuluje się…). I teraz niespodzianka, cha, cha, cha, w PESA’ch automaty są, owszem, tyle że nie wszystkich. A w których, tego to już najstarsi górale nie wiedzą. Pomimo tego istnieje w Stolicy patent pod tytułem: nie mamy biletu, więc wsiadamy do pierwszej PESY z automatem, przepuszczamy kilka osób w ogonku tak, żeby nasza kolej wypadła tuz przed kolejnym przystankiem i z tak zakupionym biletem czekamy na nasz tramwaj docelowy. Patent dobry, od chłopaka z Grochowa, ale trochę męczący. A przecież podróż patatajem to ma być przyjemność…

…Ma być, ale nie będzie, albowiem nie ma miejsc siedzących. Nie, nie dlatego, że mamy godziny szczytu. Prawie nigdy nie ma miejsc siedzących, a jeśli są, to pojedyncze, co skazuje naszą wyśnioną lekturę na nieustanne przerwy celem ogarnięcia, czy przypadkiem nie wypada zachować się po dżentelmeńsku. Nie wiem dlaczego, ale podczas gdy w Krakowie MPK (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji) dwoi się i troi, żeby namnożyć siedzeń w pojazdach, ZTM (Zintegrowany Transport Miejski) działa w kierunku przeciwnym. Starożytne, szlachetne rozwiązanie z podwójnym rzędem krzeseł, które wróciło w Kraku do łask po zapaści okresu transformacji, jest tu nieznane albo znienawidzone. Można by oczekiwać, że nowoczesne PESY zmienią ten stan rzeczy (krakowskie Bombardiery wykorzystują każdy fragment na dodatkowe krzesełko), tymczasem zaprojektowano je tak, aby miejsc siedzących było jak najmniej, za to rozłożonych możliwie najgłupiej i w sposób wielce niewygodny. Cierpi na tym moje ulubione lokum, (na samym przedzie przy oknie, po lewej), tutaj posadzone na kole w sposób tak przemyślany, aby podłoga pod stopami nie była pozioma, lecz opadała ukosem ku przodowi, co odbiera wszystek wymiar relaksu podróży i prowokuje złe, niepotrzebne w naszym kraju emocje.

Pomińmy milczeniem czerwono-żółtą kolorystykę, przyrównaną niedawno do jajecznicy z pomidorami. Dla równowagi dodajmy, że są i smaczki, na przykład cudowne, starego typu plastykowe siedzenia z rowkiem na kręgosłup, spotykane jeszcze w starszych wagonikach, o ileż milsze od małopolskich, profilowanych, nowoczesnych, głupich. Zauważmy nie bez zmartwienia, że estetyka starszych warszawskich wagonów wiele pozostawia do życzenia i na tle Krakowa pośmierduje PRL-em, a nie jest to wspomnienie Polakowi sympatyczne (nie doświadczysz tu norymberskich wagonów, krakusie). Załączmy ostrzeżenie: tramwaj w stolicy staje na przystanku (na nasze standardy niemożebnie długim) wedle jednej, jedynej reguły: nie przy wiacie, nie pośrodku, nie wedle humoru lecz zawsze, nieodmiennie na samym końcu, robiąc miejsce tramwajom jadącym za nim. Niby drobnostka, ale wystarczy się zapomnieć i patataj znika (oni tu nie znają się na żartach), zaś my tracimy pięć minut (a pięć minut, drodzy przyjaciele, kumuluje się). Nareszcie podsumujmy:

Otóż bardzo doceniam tutejsze tramwaje za szybkość i punktualność, za gęstą siatkę połączeń i częste kursy. Stanowią znakomite narzędzie, godne szczerego polecenia. Jedyny problem jest taki, że jazda nimi nie sprawia żadnej, ale to żadnej przyjemności (zaś w Krakowie jeździć tramwajem uwielbiam). A ponieważ w tramwaju spędzam średnio pewnie godzinę-dwie dziennie, są to, niestety, dwie godziny znacznie gorzej przeżyte.

SŁOIK – POCZTÓWKI Z WARSZAWY

Żydowski historyk Shlomo Sand jest autorem książki „The Invention of Jewish Nation”. Książki nie czytałem, jedynie słyszałem nieco na jej temat. Podobno wywodzi się w niej, że współczesny naród żydowski nie ma nic wspólnego z niegdysiejszymi Żydami z Palestyny czasów starożytnych i etnicznie składa się z potomków ludzi, którzy przeszli na judaizm w czasach późniejszych. Potomkami „oryginalnych Żydów”, zislamizowanych przez Arabów, mają być natomiast dzisiejsi Palestyńczycy. Autor zdaje się być człowiekiem odważnym ale nieroztropnym – Żydom naraził się tezą, że ich nie ma, Palestyńczykom twierdzeniem, jakoby byli Żydami.

Shlomo Sand przyszedł mi do głowy, kiedy zasiadałem do pisania na temat „mojego” nowego miasta. Jestem bowiem Krakusem. Nie z dziada pradziada (tylko jeden z moich pradziadów mieszkał w Krakowie, a i on nie od urodzenia, jakkolwiek rodem z Limanowej), ale za to siłą głębokiego przekonania i trwałości nawyków. Ostatnimi czasy przeniosłem się do Warszawy…

Na razie, odpukać, jest łagodnie. Stolica roztoczyła nade mną parasol ochronny. Liczne spóźnienia tłumaczę odmienną architekturą przestrzeni (odległość od przystanków tramwajowych) tudzież zwykłym zagubieniem (okrutne łgarstwo). Bardzo grzecznie udają, że dają mi wiarę. Karczemną indolencję, wynikłą z drastycznych różnic pomiędzy knajpianym życiem starej i nowej stolicy, łagodzi Ziółek (Kuba Ziółkowski, wódz Bloco) licznymi zaproszeniami na piwo. Tede (Tadeusz Słogocki, wódz Cruxa) i Jodłoś (Kuba Jodłowski) szkolą przybysza w geografii miasta za pomocą wymyślnych zagadek („Jesteś na Pradze Północ, za pół godziny masz pracę na Warszawiance, jak dojechać, żeby spóźnić się mniej niż trzy kwadranse?”) . Krakusi też, póki co, nie chcą wieszać targowiczanina, aczkolwiek dostrzegłem problem z goleniem – kiedy przyjeżdżam do Krakowia ogolony, mawia się, że dobrze wyglądam, widać powodzi się w „stolycy”; zarośnięty – dowiedziałem się, że noszę hipsterską bródkę. Chyba pokombinuję z wąsami.

Zmiana miejsca to rzecz ciekawa, choćby dlatego, że nie pozwala uciec od porównań. Więc i ja porównuję, trochę wspinaczkowo, a trochę ogólnie, „tak jak się słowa nawiną”. W cyklu „Pocztówek…” spostrzeżenia na bieżąco, poniżej dwie na start.

Hipsterzy

Skala zjawiska jest w stolicy powalająca. Garnizonem hipsterów jest przedwojenny, ale odbudowany w socrealu, Plac Zbawiciela. Stamtąd wyruszają oni na swoje wypady w inne części miasta, przedsiębrane taksówkami, ponieważ w Warszawie nie zna się zwyczaju „chodzenia po knajpach”. Z moich pobieżnych informacji wynika, że hipsterzy, spędzając czas w lokalu, nie rozmawiają o niczym, jakkolwiek nieustannie wydają dźwięki, zaczem cały Plac Zbawiciela wypełniają charakterystyczne „odgłosy stada”. Wśród warszawskich wspinaczy hipsterki nie wyczułem, zapewne tężyzna fizyczna jest nie do pogodzenia z tą nową, fascynującą stylistyką miejską. Nie-hipsterzy nie znoszą hipsterów. Podobno hipsterzy noszą okulary 0 dioptrii, nie wiem po co.Są pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy podczas logowania w Stolicy. Krakowscy „hipsterzy” z Charlotty i Bomby nie mają tu czego szukać, dzielą ich od Placu Zbawiciela lata świetlne.

Tężyzna fizyczna

Tutaj warszawa zaskoczyła mnie dwukrotnie. Po pierwsze, znałem dotychczas szkołę wspinaczkową gdańską (silne palce i suplementacja), krakowską (obwody po 200 ruchów bez dokładania, nie wolno restować), zakopiańską (dwugodzinne treningi w dachu z obciążeniem „pięć kilo magnezji”). Nie znałem dobrze warszawskiej. Owszem, słyszałem kiedyś, że istnieje coś takiego jak trening z ciężarami, sam nawet raz czy dwa razy próbowałem, widziałem ludzi robiących to regularnie, nie zdawałem sobie natomiast sprawy z istnienia osobnej filozofii wspinania zbudowanej wokół drążka. W ogóle kwestie ogólnego przygotowania fizycznego są tutaj brane bardzo na serio. Rozmaite systemy treningowe, ćwiczenia wspomagające, plany i pod-plany zajmują znaczną cześć głowy warszawskiego łojanta. Odnoszę wrażenie, że niekiedy pozostawiając zbyt mało miejsca na myślenie o wspinaniu oraz podczas niego.

Drugą nowością w moim światoobrazie jest „crossfit”. Najprościej mówiąc, jest to system ćwiczeń ogólnorozwojowych z mocnym komponentem siłowym, o dużej intensywności. Ostatni krzyk mody w Warszawie. Ponieważ jedna ze stołecznych ścian wspinaczkowych posiada również salę do crossfitu, przeto mogłem na własne oczy zobaczyć na czym zabawa polega. Dla instruktora wspinaczki, żyjącego z prowadzenia sekcji wspinaczkowych, jest do doświadczenie nie lada. O ile bowiem w naszym światku panuje niepisana reguła, wedle której podczas zajęć relacje instruktor-podopieczny budowane są na modelu kumpelskim, nieledwie ludycznym, o tyle crossfitowcy zdają się wyznawać zasadę „nie ma żartów”. Panuje „delikatny zamordyzm”, okraszony licznymi mobilizującymi okrzykami o proweniencji wojskowej. Osoby subtelne mogą się w pierwszym momencie wystraszyć; tak też uczyniłem. Od tego czasu zbliżam się do „strefy crossfit” z niejakim nabożeństwem. Raz próbowałem używać ich drążka (drążki na crossficie stanowią integralny element skomplikowanego systemu rusztowań), kiedy nagle rozległ się gwizd i wszyscy obecni ruszyli w moim kierunku. Uciekłem w ostatniej chwili. Podobno osoby uprawiające corssfit mogą ulegać swego rodzaju zauroczeniu tą dyscypliną, przybierającemu postaci nieledwie religijne. Byłoby to osobliwym dla działalności wyczerpującej się w ćwiczeniach na salce treningowej, ale nie jest to żaden argument – być może nawet zwiększa prawdopodobieństwo zajścia podobnych zjawisk.

 

 

 

Kraina rowerów – ME w boulderingu.pl

Polacy na Mistrzostwach Europy w boulderingu stawili się w składzie trzyosobowym: Jakub Główka (zwany dalej Kubą), Jakub Jodłowski (Jodłoś) i Andrzej Mecherzyński-Wiktor (ja, mechanior). Cel był wyznaczony jasno, zaś jego dostępność wielokrotnie potwierdzona, ostatnio – tydzień temu na zawodach Pucharu Świata w Monachium. Celem był awans do dwudziestoosobowego półfinału, rzecz zdarzająca się nam rzadko, więc zupełnie dobry powód do ewentualnego zadowolenia. Z drugiej strony, o ile konto międzynarodowych startów Jodłosia nie jest bogate i każdy start należy mu liczyć jako zdobywanie doświadczenia, o tyle dla Kuby i dla mnie każde miejsce pod kreską oznaczało porażkę przedsięwziętego zamiaru.

Trudno powiedzieć, czy baldy eliminacyjne były, czy nie były „pod nas”. Na pewno były ciekawe, na pewno też, z wyjątkiem czwartego, połogu, nieprzesadnie trudne. Miało się zresztą okazać, że właśnie cztery topy są konieczne do awansu. Zwyczajowo przybliżę teraz baldy po kolei, tak jak na nich startowaliśmy (najpierw ja, potem Kuba i na końcu Jodłoś; dziesiąty, siedemnasty i dwudziesty drugi na liście):

1: Dosyć czujne giełganie się pomiędzy podłużną strukturą, a zacięciem, raz ręką tu, raz nogą tam. Potem jeszcze przewinięcie się na drugą stronę struktury do topowej paczki. Idę jak stalker przez Strefę w „Pikniku na skraju drogi”, badając teren przed każdym ruchem, tak ostrożnie, że aż niepewnie. Na szczęście – bezbłędnie, więc cieszę się z dobrego początku. Kuba traci na tym problemie więcej czasu, topuje w ostatnich sekundach i za piątym dopiero razem. Jodłoś od początku jakiś niepewny, szuka dobrego patetentu na dziesięć sposobów, wreszcie znajduje go, ale nie może zmieścić się w zacięciu, więc jeszcze tylko w ostatniej próbie gimnastycznie odwraca się i sięga do bonusa – nie tą, co trzeba, ręką, ale też o nic mu już innego, poza bonusem, nie chodzi.

2: KS Korona Kraków. Prawa – lewa – prawa – lewa, po chwytach, które każdy Polak uzna za klamy. Trochę zapinania, szczególnie na ostatnim chwycie przed topem, potrzebnego zdecydowanie przy ostatnim ruchu. Kuba robi go trochę zbyt asekuracyjnie, w drugiej próbie spada głupio na starcie i kończy dopiero w trzeciej (te dwie próby kosztowały go półfinał!). Jodłoś gubi się tylko raz i szybko ma sprawę załatwioną.

3: Lekkie schody. Trzeba było i trzymać się i stać na nogach i myśleć w dodatku. Flashuję, podobnie, chociaż znacznie pewniej, Kuba, natomiast Jodłoś, który – wydawałoby się – powinieinn być w gazie po dwójce, zupełnie bez rezonu. Najpierw miesza patenty na start, potem nie trzyma ciała przy ścianie, wreszcie schodzi pokonany.

4: Połóg. Fizol z Krakowa nie wie, gdzie jest. Kuba „bonusuje” już w drugim podejściu i w ogóle nieźle wygląda, cóż, kiedy to najtrudniejszy bald eliminacji, a pewnie i jeden z trudniejszych na całych zawodach (chociaż w Fontach miałby pewnie 6b). Jodłoś walczy jak lew o bonusa i wreszcie przytrzymuje go za piątym razem, podczas innych prób też nie wygląda kiepsko, ale problemat to zaiste straszliwy….

5: Hop, asymetryczna bania dwoma rękami, misie to lubiom!!! Flashujemy z Kubą, Kuba kończy start i oglądamy Jodłosia. Ten w pierwszej próbie jeszcze nie zapala, ale w drugiej już przytrzymuje jak należy i jesteśmy pewni, że top jest jego. Tymczasem dzieje się rzecz arcydziwna: Jodłoś wychodzi za okapik zdecydowanie nie tą ręką, którą należy, ciało traci w związku z tym równowagę, a potem nie odzyskuje jej już do samego końca startu, niestety.

Podsumujmy po kolei. Jodłoś, zbywając w tym roku doświadczenie w międzynarodowych startach, pokazał kilka razy potencjał. Często natomiast brakuje mu koncepcji – rzecz kluczowa na zawodach międzynarodowych, na których przystawki nie są specjalnie trudne, lecz wymagają bezbłędnego wspinania. Ponadto, jak sam przyznaje, nie potrafi do końca zmobilizować się do startu. Słowem – wie, nad czym pracować przed kolejnym sezonem. Inna rzecz, że ostatnimi czasy (patrz zawody krajowe) nie jest w szczytowej formie. Kubie, zarówno w Monachium, jak i w Eindhoven, do awansu do półfinału zabrakło pojedynczych prób; spójrzmy prawdzie w oczy – potraconych na głupich błędach, grzech wszystkich polskich zawodników. Niewątpliwie jednak można powiedzieć w jego wypadku o sporej dawce pecha, w sobotę był wszak pierwszy pod kreską, a wyprzedzający do Ukrainiec Topischko miał gorsze bonusy. Szczerze podejrzewam, że za rok zobaczymy Kubę półfinałach (skądinąd niewykluczone, że w towarzystwie Jodłosia). Jeśli o mnie chodzi – tym razem udało mi się oddać prawie bezbłędny start w pierwszej rundzie. Uderzę się w piersi najzupełniej szczerze – rzadko mi się to zdarza, a historia moich tegorocznych występów zagranicznych to niemal nieprzerwana opowieść pod tytułem „zabrakło mi dwóch prób do topu”. Zrzucam to zawsze na ślepy los, prawda jest bardziej brutalna, zawody na tym właśnie polegają. Cieszy, że czasem udaje się wygrać z własnymi słabościami.

Radość nie trwała jednak tak długo, jak się spodziewałem. Półfinał rozpoczął się dla mnie najgorzej – zahaczona tuż przy dłoni pięta wyjechała, pociągając za sobą rękę i trąc niemiłosiernie kciukiem o fakturę struktury. Zdarło mi spory kawał skóry z kciuka i to dosyć głęboko. Zawołałem o „tejpa”, czekałem na tejpa, organizatorzy szukali tejpa, a czas i krew leciały (od dzisiaj będę zawsze miał tejpa przy sobie, ciekawe, że przez siedemnaście lat nigdy nie był mi potrzebny…). Kiedy tejp nadszedł spojrzałem na zegar i zażyczyłem sobie stanowczo bezlitosnego przyklejenia wiszącej skóry do palca, bo i cóż mogłem zrobić innego (odklejanie tego paskudztwa po półfinale to dopiero była heca!). Ale półfinał de facto się dla mnie zakończył (nota bene, gdyby nie udało się zatrzymać krwotoku zostałbym odsunięty od startu, bo nie wolno na zawodach znaczyć chwytów rot punktem). Walczyłem jeszcze, jak mogłem, ale były to okrzyki dorzynanego łosia. Na pocieszenie został mi fakt, że dwudzieste miejsce i ten sam wynik (nic!) podzielił ze mną zwycięzca z Insbrucka, Jan Hojer. Coraz bardziej lubię tego faceta – i nadal wiszę mu piwo za Insbruck. No, ale to już w przyszłym sezonie.

Kończąc, pragnąłbym przy tej okazji bardzo serdecznie podziękować Komisji Wspinaczki Sportowej PZA, mojemu Klubowi CW RENI-Sport oraz portalowi wspinanie.pl za wsparcie, nie tylko (chociaż również!) materialne, na jakie mogłem liczyć podczas moich tegorocznych startów w zawodach międzynarodowych, a bez którego nie byłbym w stanie zrealizować w całości, a pewnie nawet w zadowalającej części, moich planów.

Monachium pod kreska…

Niewiele szczescia mamy w tym roku do startow w Pucharze boulderowym, co wiem az nadto dobrze na wlasnym przykladzie. Przed deszczem, ktory pokrzyzowal plany w Insbrucku, tym razem chronila imponujaca kontrukcja dachu monachijskiego Stadionu Olimpijskiego, wiec musielismy zepsuc sobie humory samodzielnie. W szczegolnosci dotyczy to mnie i Kuby Glowki, pierwszemu zabraklo dwoch, drugiemu trzech prob do topu, aby awansowac dalej, jeden i drugi wystartowali lepiej niz poprawnie, ale jednak nie optymalnie (i o to sie rozeszlo). Ponizej krotka relacja z eliminacji w naszym wykonaniu. Niestety, nie mam dostepu do polskiej czcionki, za co przepraszam.

Panowie poszli w boj raniutko, panie popoludniem, tu i tam stawka podzielona na dwie czesci. Wszyscy nasi chlopcy w grupie A, Olek Romanowski nie dojechal z powodu naglej kontuzji, ktora nalozyla sie na problemy z barkiem i z palcami, duza przykrosc, bo wydaje sie, ze mialby nieliche szanse. Baldy naszej grupy, w kolejnosci:

1. Propozycja dziwaczna, okazalo sie ze latwiej pokonac ja w wersji dwuruchowej, z pominieciem bonusa, niz ‚lege artis’. Mechanior robi to w pierwszej probie, aczkolwiek nie bez zawahania, Kuba Glowka idzie zgodnie z zamyslem chwytowych i traci tysiac prob, zanim wreszcie zrobi, Jodlos probuje jak Merchaty, ale chyba nie jest jeszcze dogrzany i  zaledwie wita sie z gaska.

2. Bald – kuriozum, skok na pierwszym ruchu, po ktorym banalne siegniecie do topu. Glowek flshuje, Jodlos i Mechanior, zanim zrobia, spadna stanowczo zbyt wiele razy.

3. Problem dziwaczny, start do gory nogami i zahaczenie stop o strukture, ewidentnie o wiele latwiejsze dla wysokich. Glowek i Mechanior kreca przez piec minut glowami, Jodla wkasza w trzeciej probie.

4. Najrowniejszy bald eliminacji, przechodzacy w technicznego zaciecia w nielatwe sklejenie pocharatanej struktury przed topem. Glowek i Mechanior mogli to zrobic wczesniej, Jodlos pewnie tez, ale nie dal rady wystartowac (nie on jeden w satwce).

5. Arcytrudna plytka, pokonana jedynie przez Kiliana Fischubera. Kilku innych bylo blisko, ale bardzo niewielu i zaden z Polakow, niestety.

Lipa! Awans w naszej grupie dawaly trzy topy w osmiu probach, u mnie bylo ich dziesiec, u Kuby Glowki jedenascie. Nie pierwszy raz tuz pod kreska, tym razem boli bardzej, bo skrecilem sobie kostke na ostatnim problemie (Kuba Jodlowski rowniez narzeka na lekki uraz).

Plusy! Po pierwsze – niewatlpiwie najbardziej obiecujacy start Kuby Jodlowskiego w jego krotkiej jak dotad historii miedzynarodowych wystepow. Po drugie – wynik Kuby i moj byl mimo wszytko bardzo przyzwoity, chociazby patrzac na liczbe silnych lojantow, jacy zostali poza nami. Po trzecie – zapunktowalismy z Kuba w Pucharze (miejsce w pierwszej trzydziestce). Summa summarumwidac, ze jest za co trzymac kciuki za tydzien, kiedy cala trojka wystartuje w Eindhoven.

Sylwii w Eindhoven nie bedzie, tym bardziej liczylismy na dobry start, szczegolnie po jej ostatnich przejsiach w skalach. Niestety – prosta jedynka okazala sie zapora nie do przejscia (przyznajmy – raczej psychiczna niz fizyczna, sily nie brakowalo Sylwii w zadnym momencie, jakkolwiek nie zawsze wydawala sie wiedzeic o tym). Potem niespodzianka na dwojce: balda pokonanego przez nieliczne zawodniczki Sylwia flashuje, bez najmniejszych oznak niepokoju. Alisci od tej chwili jest znacznie gorzej i coraz brutalniej odzywa sie brak owspinania na strukturach (Krakow wola o balderownie z prawdziwego zdarzenia!), przez co Sylwia doklada sobie trudnosci albo po prostu nie widzi zupelnie ewidentnych rzeczy. Start konczy wiec bez satysfakcji, ale z nutka optymizmu po popisie na dwojce, dajacym miejsce blisko polowy stawki.

W wymiarze swiatowym jak zwykle nie bez niespodzianek, tym razem nawet chyba czestszych, zwlaszcza u panow. Z listy tych, ktorzy nie weszli do polfinalu, daloby sie wybrac ciekawa stawke finalowa… Do najwiekszej niespodzianki eliminacji jednakze… nie doszlo. Byloby nia wyeliminowanie Anny Stöhr, ktora po bardzo slabym starcie powoli osuwala sie w kierunku granicznej, dziesiatej pozycji, aby zatrzymac sie na niej tuz przed koncem kwalifikacji. Wtedy do ostatniego balda podeszla ostatnia zawodniczka, majaca juz na koncie tyle samo topow co Anna (2) w troche slabszych probach i cala uwaga pozostalej jeszcze na miejscu publicznosci skupila sie na niej. Startujaca z ‚wilcza karta’ juniorka z Niemiec nie wytrzymala jednak presji i ostatecznie zostala jedyna, ktora z dwoma topami nie wyszla z tej grupy.

Na zawodach jeszcze jeden polski akcent w postaci Tomka Oleksego, ktory pelni role chwytowego (starszym jest Manu Hassler ze Szwajcarii). O pracy chwytowych w relacji podsumowujacej, wiec na razie sza!

Jutro, w ciagu dnia, info na temat polfinalow (na blogu), w poniedzialek rano relacja z zawodow, a w szczegolnosci finalow, na stronie glownej. Tymczasem uklony,

 

mechanior (z Bawarii)

 

 

Sylwia, niestety, nie zawalczyła dzisiaj w Insbrucku.

Sylwia po starcie na problemach eliminacyjnej grupy A. Na pierwszym, technicznym połogu, udaje się dojść do bonusa dopiero w siódmej próbie. Jak mówi sama zawodniczka, pojawiła się myśl: „no, to fajnie, już po baldzie”; no i niestety brakuje koncentracji, a czasu na poprawkę już nie ma. Pozostałe trzy problemy zatrzymały Sylwię na poziomie egzaminu z siły, więc nie bardzo miała okazję pokombinować, chociaż na dwójce chyba można było bardziej aktywnie poszukiwać koncepcji.

Starty naszej Kadry w Insbrucku nieudane, co tu kryć. Jeśli chodzi o mnie, niewątpliwie może cieszyć, że w kolejnym występie ocieram się o półfinał. Można też, a nawet trzeba sarkać na organizatorów, którym nie przyszło do głowy zapewnienie zawczasu zadaszenia nad pierwszymi przystawkami facetów – rzecz w warunkach finansowych Pucharu Świata banalna, wobec odpowiedzialności spoczywającej na organizatorach obowiązkowa. Trudno teraz – bez dokładnego obejrzenia nagrań wideo – ustalić, czy normalny przebieg konkurencji dałby mi awans – być może tak, być może nie (jeśli nie, byłbym chyba pierwszy pod kreską). Szansa na poprawę sytuacji na międzynarodowej arenie w sierpniu, podczas finałowej edycji Pucharu w Monachium. Jutro półfinały i finały, w poniedziałek relacja z zawodów na wspinanie.pl.

Chłopcy już po starcie.

Znowu bez męskiego półfinału w wykonaniu Polaków. Ale też warunki tym razem kuriozalne! W eliminacjach pięć przystawek, wszyscy startowaliśmy w grupie B, gdzie baldy wyglądały następująco:

1. Techniczny pion. Konieczny do złapania no-hand w płycie i lekki skok do topu. Bald nietrudny, ale zatrzymał kilku mocnych.

2. Przewieszenie umajone paczkami, bardzo wkaszalne ale zdradliwe.

3. Siłowy brzuszek po krawądkach. Natrudniejszy bald eliminacji w tej grupie (tylko sześć osób topuje).

4. Akrobatyk, skok w zacięcie i giełganie w tymże.

5. Harde przewieszenie z trickowym klinowaniem biodra pod koniec, które nie każdemu przychodzi do głowy.

Startuję jako pierwszy z naszych. Udaje mi się uniknąć błędów na jedynce i dwójce, więc padają flashem. Trójka jest klasycznym campusowym baldem, takie lubimy, ale nawet pół Marsa zjedzone chwilę wcześniej nie gwarantuje natychmiastowego sukcesu; szczególnie, że kluczowy stopień dotrzegam dopiero przy trzeciej próbie. W czwartej pada. Na czwórce jestem odważny i jest za to natychmiastowa nagroda, piątka pozostanie w sferze marzeń. Kiedy schodzę na dół jestem siódmy, szybko spadam na dziesiątą pozycję i tam się zatrzymuję (a więc tuż nad kreską). Zniecierpliwiony, idę na spacer.
 

Kiedy wracam okazuje się, że czarny scenariusz właśnie wprowadzono w życie. Dostawiana ściana, na której znajdował się pierwszy problem obu grup, nie ma zadaszenia, zaś od dłuższego czasu siąpi lekki deszczyk. Żadna nawałnica, niekonieczny jest nawet parasol, ale to wystarczy, aby bald był niewspinalny. Decyzją jury zostaje wyłączony z klasyfikacji, w związku z czym spadam z dziesiątego na trzynaste miejsce. Pewien nie jestem (trudno dostać wyniki sprzed anulowania jedynki), ale wygląda na to, że zadaszenie dałoby mi półfinał, a tak brakuje niewiele, bo jednej próby mniej na topie i jednej na bonusie.  

Chłopakom niestety idzie gorzej. Jodłoś czemuś nie może ogarnąć się na dwójce (dla niego to już jedynka, gdyż dalsza część stawki nawet się nie zbliża do mokrej ściany), chociaż jest już pod topem. Narzeka, że chwyty jechały wilgocią. Elegancko natomiast flashuje przedostatni problem. Główek również sięga na nim do topu – a właściwie wczołguje się doń w zacięciu, bo na tym bald polegał – niestety, dopiero za dziewiątym razem.

Niedługo start Sylwii, już z założenia na czterech problemach. Miejmy nadzieję, że wieczorny mój wpis będzie bardziej optymistyczny, chociaż pamiętajmy, że to dopiero początki startów naszej zawodniczki na zawodach tej rangi.

p.s. po tym, jak dowiedziałem się o decyzji sędziów, byłem niewąsko poirytowany (lekko mówiąc) i swoim zwyczajem, niestety, nie umiałem zachować stoickiego spokoju; nagle przed moimi oczyma pojawił się kufelek przedniego piwa – to Jan Hojer, który dzięki zmianie sytuacji przeskoczył mnie w klasyfikacji i wszedł dalej (nie zrobiwszy anulowanej jedynki), zagrał fest życzliwie i z wielką klasą, widząc moje konwulsyjne podskoki, okraszane polskim słownictwem; piwo smakowało jak rzadko i szczerze życzę Janowi awansu do finałowej rundy!

Garść danych na temat jutrzejszych startów (Insbruck, PŚ w boulderingu).

Jutrzejszy start Polskiej Reprezentacji w piątej edycji Pucharu Świata w boulderingu będzie pierwszym w tym roku, w którym weźmie udział aż czwórka wspinaczy znad Wisły. Do Kadry z Log-Dragomer (Sylwia Buczek plus ja) dołączyli Jakub Główka oraz Jakub Jodłowski. Niestety, los sprawił, że cała trójka Polaków wystartuje w jednej grupie eliminacyjnej. Oznacza to, że będziemy wszyscy konkurować o te same miejsca w półfinale. Takiego problemu nie mamy w konkurencji damskiej, ale jest to szczęście w nieszczęściu, gdyż w szranki staje jedynie Sylwia.

Eliminacje mężczyzn rozpoczynają się o dziesiątej, na liście jest 70 zawodników, po 35 w grupie. Starty Polaków (wszyscy w grupie B):

mechanior (11 na liście):                      10:50

Jakub Jodłowski (29):                           12.20

Jakub Główka (34):                               12:45

Pań mamy 56, Polka z połową stawki w grupie A. Wedle planu damy rozpoczynają swoje kwalifikacje o 16:00; oznaczałoby to, że Sylwię zobaczymy na pierwszym problemie o 18:05 (startuje 26). Niemniej jednak, na dzień jutrzejszy zapowiadana jest popołudniowa burza, która może pokrzyżować szyki organizatorom, gdyż zawody odbywają się na świeżym powietrzu, w centrum Insbrucku. Ściana zasadniczo jest zadaszona, ale po pierwsze – to nie musi wystarczyć, a po drugie – przenośna ściana austriackiej federacji mieści tylko osiem baldów, zaś każda z grup eliminacyjnych startuje na pięciu problemach (razem dziesięć). Było zatem konieczne dostawienie dwóch dodatkowych paneli, dla których już nie znalazło się miejsce pod dachem. W takiej sytuacji mogą być konieczne przerwy techniczne. Należy liczyć, że nie przesadnie długie (i nie zaraz przed startem Sylwii, która wówczas musiałaby powtarzać potem rozgrzewkę).

Do półfinałów awansuje dwadzieścia osób, po dziesięć z każdej grupy eliminacyjnej. Finały zarezerwowane dla najlepszych szóstek. W eliminacjach na początku startują osoby notowane w rankingu, w kolejności od najlepszych. W półfinałach i finałach kolejność jest odwrotna do miejsc zajętych w poprzedniej rundzie.

Relacja wideo na żywo na ifsc-climbing.org tradycyjnie jest dostępna za pośrednictwem wspinanie.pl

 

Blisko, ale jakoś jednak za daleko…

Zgodnie z zapowiedzią jeszcze kilka słów podsumowania po naszym dzisiejszym występie.

Sylwia – startowała w grupie A, razem z Anną Stohr, na przykład. Jej przystawki i start,  w telegraficznym skrócie:

1: Nieprzyjemny trickowy bald startowy, zupełnie nie pod Sylwię. Tymczasem udaje się złapać top już za pierwszym razem; niestety Sylwia nie zauważa, że mija nogą ogranicznik. Jedna próba oddana nerwom na pożarcie i w trzeciej jest po sprawie, szybko i bezboleśnie.

2: Najtrudniejszy bald w tej grupie. Pomimo kombinowania na najrozmaitsze sposoby Sylwii nie udaje się dość nawet do bonusa…

3: Wydaje się stworzony dla naszej zawodniczki! Może gdyby Sylwia, schodząc z dwójki, rzuciła nielegalnie okiem na to, co czeka ją na trzecim problemie… Może wtedy batonik energetyczny zostałby zjedzony przed startem na nim, a nie po, a w konsekwencji nie zabrakłoby mocy na ewidentnie pasujących jej ruchach po słabych ściskach. Nie mówiąc już o siłowym starcie po klamach, który niepotrzebnie zabiera Buczkównie mnóstwo czasu… Na tym baldzie Sylwia pokazuje, że jest w stanie walczyć o półfinały na pucharach.

4: Tutaj, niestety, za wiele rzeczy naraz. Techniczny start puszcza podczas pierwszej próby, ale brakuje zdecydowania przy strzale z klamy do bonusowego oblaka za krawędzią. Potem Sylwia myśli już tylko o tym ruchu, więc nie może skupić się na ruchach startowych. I tak przepada szansa na drugą rundę zawodów.

5: Delikatne przewieszenie, nic specjalnego. Sylwia przebiegła ten problem za drugą próbą, jak tylko wyczuła kluczową strukturę.

Cóż, niewątpliwie szkoda szansy na półfinał, bo była taka. Z drugiej strony to dopiero czwarty start zawodniczki Korony na Pucharze Świata w boulderingu, zarazem ewidentnie najlepszy. Prognostyk jest dobry, w Insbrucku zobaczymy, w jakim tempie zachodzi progres.

Jeśli chodzi o mnie (mechanior, grupa B, otwiera ją Kilian Fischhuber): techniczno-trickowa jedynka mnie zjadła; trochę teatralnie poleżałem po walnięciu golenią w strukturę przy n-tej próbie wystartowania, w strefie poprosiłem o lód, ale mieli tylko… sok z lodówki. Dobre i to, zawsze ulga. Po tej porażce byłem pewien (niesłusznie), że konieczne są topy na pozostałych czterech baldach, ale nie zaprzątałem sobie tym głowy (słusznie), tylko napierałem. Dwójka wiodła zacięciem, wybadałem ją przy pierwszej próbie, a potem drugą spaliłem nie do końca potrzebnie. Za trzecią poszło. Na trójce, po prostym starcie w okapiku, wychodziło się na płytkę, gdzie czekało nas niewygodne wstawianie nogi do ręki. Na tyle niewygodne, że za pierwszym razem nie dałem wiary i zacząłem szukać kantu, zgubionego przeze mnie w Kitzbuhel. W drugiej próbie szedłem już po po bożemu i do końca.

Czwórka była siłową masakrą w stylu piwnicznym, staropolskim. Do tego śliski stopień, czarny od brudu. Nawet bonusa… Piątkę przebiegłem bez radości, bo to znaczyło, że niczego specjalnego mi ta piątka nie daje. Po starcie okazało się niemal natychmiast, że w mojej grupie,z trzema topami, jestem jedenasty (wchodzi dziesięciu). Potem spadłem jeszcze o jedno miejsce. Do półfinału zabrakło mi jednej próby do topu, którejś z tych niepotrzebnie straconych na drugim i trzecim problemie. Jeśli już mam odsłaniać karty emocji, to jestem nierad.

Za niecały tydzień akcja w Insbrucku, a potem długa przerwa od Pucharu Świata. Miło byłoby zakończyć przedwakacyjny okres zagranicznych startów mocnym akcentem. Wszystko w naszych rękach (dojeżdżają jeszcze Jakubowie: Jodłowski i Główka), chociaż czasami wydaje się, że i los pociąga za sznurki. Prawdziwy sportowiec to ten, kto nie dopuszcza do siebie takiej myśli.